Wygląda na to, że szminka jest znakomitym lekarstwem na społeczne bolączki. Pomaga kobietom w niwelowaniu przykrych, osobistych skutków kryzysu. Jaka szkoda, że nie mogę jej używać, pewnie poczułbym się lepiej.
Tuż po atakach wrześniowych w 2001 roku, Leonard Lauder, podówczas prezes firmy kosmetycznej Estée Lauder, zauważył, że sprzedaż szminek w Nowym Jorku uległa podwojeniu. Biorąc to pod uwagę, Lauder obmyślił Lipstick Index, którego zadaniem jest pomiar społecznych nastrojów. Im gorsze czasy, im bardziej ludzie czują się nieszczęśliwi, osaczeni, poddani poważnemu ryzyku, tym więcej sprzedaje się szminek. Szminka jest lekarstwem na kryzys, na recesję, na społeczną anomię (pardon za fachowe słownictwo, chodzi o to, że generalnie nie jest dobrze). Zakup i użycie szminki jest najprostszym i stosunkowo tanim sposobem na podniesienie własnej atrakcyjności i poczucie się lepiej.
Niestety, w czasie obecnego kryzysu, a konkretnie od 2007 roku, sprzedaż szminek zaczęła spadać, a potem, od 2010 nieznacznie rosnąć, co dowodziłoby mocno ograniczonej mocy szminki jako precyzyjnego wskaźnika nędznych społecznych nastrojów. Oczywiście nie omieszkano tego Lauderowi wytknąć, na co ten – wcale niezmieszany – odparł, że nigdy o szmince nie mówił. Mówił za to o dowolnym drogim drobiazgu mieszczącym się w damskiej kosmetyczce. Kiedy nadchodzi kryzys, kobiety kupują sobie po prostu drogie drobiazgi służące do ozdabiania ciała i twarzy. Kiedy wszystkim dokoła spadają zarobki i kiedy nie stać nas na zbyt wiele, choć spada sprzedaż szminek, to rośnie – dla przykładu – sprzedaż lakierów do paznokci (można o tym poczytać tutaj).
Mam wrażenie, że Lauder się myli, ale myli się tylko połowicznie. Myli się ponieważ szminki i inne akcesoria z damskiej kosmetyczki sprzedają się świetnie zarówno w sytuacji kryzysu ekonomicznego w skali makro, jak i mikro-kryzysu ekonomicznego w osobistym portfelu, nawet w czasach gospodarczej hossy. Szminka czy lakier leczą bolączki recesji, ale są też remedium na poczucie społecznego niedostosowania w sytuacji prosperity, kiedy wszyscy dokoła się bogacą i konsumują na pokaz, a nas nie bardzo na to stać.
Jak wynika z arcyciekawych badań harwardzkiej ekonomistki Juliet Schor, przeprowadzonych jeszcze w czasach ekonomicznego boomu, kobiety pragną być widziane z odpowiednimi markami. Niby nic nowego pod słońcem, wie to każdy specjalista z branży marketingowej. Nie jestem jednak pewien, czy każdy – zwłaszcza ktoś niebędący specjalistą od marketingu – zdaje sobie sprawę, po cóż produkuje się kosztowne drobiazgi sławnych marek.
Otóż Amerykanka, jeżeli nie może pozwolić sobie na kupno płaszcza od Prady za półtora tysiąca dolarów, kupuje chociaż szminkę za dolarów dwadzieścia. Kobiety z arcyważnych powodów kupują nazwę, a nie produkt, który czemuś konkretnemu ma służyć. Szminka to coś, co wyjmuje się i stosuje przy ludziach, na przykład w pracy. Amerykanki zatem będą kupowały drogie szminki, nie będą jednak kupowały drogich preparatów do demakijażu, ponieważ stosuje się je w prywatnym zaciszu. Nikt nie widzi, czym kobieta przemywa twarz wieczorem, w prywatnej i zamkniętej na skobel łazience. Badane przez Schor studentki Harvardu potrafiły bezbłędnie wskazać różnice w jakości preparatów do oczyszczania twarzy za pięć i za dwadzieścia pięć dolarów (nie wiedząc rzecz jasna, jaka jest cena testowanych przez nie produktów), nie widziały natomiast różnicy między jakością szminki (również testowanej w ciemno) za pięć i za dwadzieścia dolarów. Po co zatem wydawały znacznie poważniejsze sumy na zakup drogich szminek, których jakość nie miała dla nich znaczenia?
Odpowiedź jest prosta: szminka jest społecznie widoczna, a po części dzieje się tak z innymi produktami przemysłu kosmetycznego na przykład z pudrem, który zabiera się na zewnątrz czy z cieniami do powiek, których równie często używa się w przestrzeni publicznej. Czerwony błyszczący lakier do paznokci także świetnie widać. Świeci po oczach „bogactwem”.
Sądzę zatem, że szminki – podobnie jak drogie pudry i lakiery do paznokci – są dobre i w kryzysie, i w dobie prosperity. W czasie kryzysu, kiedy wyrzucają nas z pracy, albo jeśli nie możemy tej pracy znaleźć, kiedy spadają zarobki wszystkich wokół, najprostszym sposobem pokazania, że mimo wszystko nam się wiedzie, jest użycie drogiej szminki albo prezentacja drogiego paska, które i tak są znacznie tańsze od markowych płaszczy czy samochodu. Nie poprawimy sobie nastroju kupując coś, czego inni nie będą mieli szans zobaczyć. Dzięki drogiej szmince kobieta zatem nie tylko będzie wyglądać lepiej, ale i lepiej się poczuje na tle biedniejących (jak ona) koleżanek z pracy. W sytuacji prosperity natomiast, kobiety starają się za pomocą drobnych, acz drogich gadżetów „doszlusować” do majętniejszych koleżanek, zaakcentować pozycję ekonomiczną i społeczną, której de facto nie mają. Dlatego nie ma szans, żeby indeksy społecznych nastrojów budować na produktach, takich jak szminka. Lepiej wykorzystać do tego przedmioty, których posiadania nie można łatwo pozorować, np. samochody.
Ciekawe, tak na marginesie, co też kupują sobie w sytuacji kryzysu mężczyźni, skoro nie wypada im się pomalować? Krawaty? Spinki do mankietów? Smartfona o większej przekątnej ekranu do położenia na barze? Męska atrakcyjność w skali całego świata nie jest bowiem uzależniona od podmalowanej fizys, tylko od zestawu symboli statusu, jakie panowie noszą na sobie i przy sobie. Albo w których panowie zasiadają (czyli od auta). Może warto sprawdzić, czy Tie Index (czyli Wskaźnik Krawaciany), albo jakiś inny wskaźnik odnoszący się do widocznych gadżetów męskich, nie mierzą aby społecznych nastrojów ciut lepiej od Indeksu Szminki.