Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

23.05.2012
środa

Koko Spoko Krakowiako

23 maja 2012, środa,

Spędziłem zeszły tydzień w Krakowie, polskim epicentrum odbudowy minionych tożsamości. Tranzystorki kwiaciarek zlokalizowanych wokół Mickiewicza nadawały „Koko Euro Spoko”, kiedy wchodziłem do sukienniczej Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku. Kiedy wychodziłem tranzystorki nadawały zresztą to samo. A w środku, a jakże, temat „koko” – sala poświęcona malarskim ekscytacjom chłopskością. Monumentalna „Czwórka” Józefa Chełmońskiego i „Orka na Ukrainie” Leona Wyczółkowskiego, robiąca piorunujące wrażenie na wszystkich fotografujących, dysponujących minimalną choćby wiedzą o świetle.

Jeden z obrazów w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie, „Burza” Chełmońskiego, idealnie zlewa się – przynajmniej w mojej głowie – z radiowymi debatami nad „Koko Euro Spoko”. Debatowano o tym, przypomnę, czy wypada powracać do naszej przaśnej chłopskiej estetyki dla promocji Polski. Czy warto katować tą estetyką kibiców podążających na mecze swych drużyn? Czy to dobra wizytówka naszego modernizującego i autostradującego się kraju? Czy to nie wiocha aby taka lekka, co?

Na obrazie Chełmońskiego ciemno, ponuro i groźnie. Trawę szarpie wiatr. Szaropomarańczowe niebo w oddali przecina piorun poganiając zastrachane krówki. Na pierwszym planie chłopi zgięci ze strachu w pół i dziecię w przerażeniu czyniące znak krzyża. Dzika Pani Przyroda, nie damy jej rady, cóż nam robić ponad odwołanie się w modlitwie do boga? Rządzi nami los i rządzi przeznaczenie. Jeśli bóg da, przeżyjemy burzę. Jeśli bóg nie da, to nie przeżyjemy.

Wracam do hotelu spacerując za panią, której – sądząc po stroju – wydaje się, że jest rok 1912 i miesiąc temu zatonął Titanic. Myślę, drałując tak i mijając kolejne wbijające się w niebo kościoły, o „około-Kokowym” wysypie tekstów na temat potrzeby przypomnienia, a może i powrotu do naszych społecznych korzeni, do chłopskości. Na okładce ostatniego „Znaku” (którego krakowska redakcja mieści się notabene na ulicy Tadeusza Kościuszki) gość niczym z reklamy Vistuli, z nażelowaną koafiurą i w dopasowanej marynarce, topi nogi w zielonych gumiakach. I hasło: „Wszyscy jesteśmy chłopami”.

W środku znakomici rozmówcy (Jacek Wasilewski, mój szef ze „Studiów Socjologicznych” i kulturoznawca Andrzej Mencwel) wspominają o naszych chłopskich korzeniach i o tym, że jedynie społeczeństwa bezpieczne, syte, których przetrwanie nie jest zagrożone, mają czas na debatę o własnej przeszłości. Krytyka tej chłopskiej przeszłości jest przy tym niezbyt krytyczna, taka raczej delikatna. Podkreśla się to, co w tej przeszłości dobre. Na przykład zdolność do samoorganizacji w trudnych warunkach ekonomicznych, która ujawniła się w trakcie stanu wojennego, kiedy w sklepach było wielkie nic i ludzie hodowali marchewki i rabarbar pod blokami.

Mało kto w tej debacie nad chłopskością wspomina o ciemnych stronach rolnictwa i systemu społecznego, z którego biorą się niektóre dzisiejsze polskie wartości. Można, obawiam się, zasadnie twierdzić, że wszelkie nieszczęścia ludzkości rozpoczęły się wraz z ufundowaniem i ekspansją rolniczego trybu gospodarowania.

Colin Tudge, brytyjski ewolucjonista i historyk, zauważa, że rolnictwo jest tak trudnym i ciężkim zajęciem, że zajmują się nim głównie mężczyźni. To powoduje, że stają się oni – w przeciwieństwie do sytuacji panującej u łowców i zbieraczy – głównymi dostarczycielami żywności, zyskując tym samym przewagę ekonomiczną nad kobietami. Pośród łowców-zbieraczy to kobiety dostarczają, na ogół, większości roślin, bulw i owoców, którymi żywi się grupa. Stąd pierwsza z niefajnych cech społeczności chłopskich – podległość i ciemiężenie kobiet. Mizoginia to niestety jeden z efektów rolniczego trybu gospodarowania.

Rolnictwo to oczywiście zajęcie sezonowe, związane z porami roku i cyklem wzrostu roślin. Bywają zatem w życiu rolnika okresy, w których nie pracuje. W sezonie jednak uprawa roli to udręka, prawdziwe piekło dla ludzi. W porównaniu z pracą pierwszych rolników, praca łowców i zbieraczy, zwłaszcza w dogodnych warunkach klimatycznych, jest wręcz przyjemnością. Zbiory, znoszenie zboża, łuskanie zboża po zbiorach, mielenie go to bardzo ciężka praca. Kiedy do tego nie wykona się jej w odpowiednim czasie, to traci się wszystko. Ludzie w efekcie tej pracy zaczynają cierpieć na nieznane łowcom i zbieraczom schorzenia: zgrubienia na kolanach i łokciach, zdeformowane kończyny i plecy (od ciągłego ich zginania przy żarnach), zniszczone zęby za sprawą jednostajnej diety. Przez długi czas te efekty na poziomie zdrowia utrzymywały się również w nisko zindustrializowanym rolnictwie w czasach PRL, na co wskazują analizy antropologiczne poborowych pochodzących ze wsi. Wieś nigdy nie dostarczała społeczeństwu i państwu najzdrowszych obywateli.

Rolnictwo, krótko i dobitnie rzecz ujmując, jest przekleństwem ludzkości.

Wiele się dzisiaj mówi i pisze na temat konieczności powrotu do tradycyjnych wartości wiejskich, ale nigdzie do końca się nie określa, czym one są, dając odbiorcom do zrozumienia, że są one raczej sympatyczne i fajne. A tymczasem nie są. Troszeczkę są koko i w ogóle nie są spoko. Psycholog Everett E. Hagen w roku 1962 zauważył, że tradycyjne społeczności rolnicze to takie, w których przekonanie o bezsilności wobec środowiska przyrodniczego kształtuje osobowość i zachowania przeciętnego człowieka. To takie, które – owszem – są oparte na wzajemnej pomocy gwarantującej ludziom przetrwanie, ale jednocześnie najsroższą tu karą jest usunięcie ze wspólnoty. Społeczeństwa chłopskie to społeczeństwa mające tendencje do wykluczania wszystkiego i wszystkich, których się boją.

Z pokolenia na pokolenie w takiej społeczności przechodzi agresja. To główna cecha osobowości tradycyjnej. Innymi cechami tej osobowości to uwiecznione na obrazie Chełmońskiego zdanie się na fatum, na los i w efekcie bezsilność wobec przyrody i instytucji społecznych postrzeganych jako wszechmocne. Poczucie braku wpływu na cokolwiek kształtuje tu sferę wartości. Nic nie zrobię, bo nic ode mnie nie zależy. Wszystko zależy od boga, przyrody i od „onych”.

Rozumiem, że nie o takie wiejskie wartości nam chodzi, kiedy debatujemy o powrocie do naszej chłopskości?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 21

Dodaj komentarz »
  1. Pyszny tekst. Teza, choć karkołomna, wydaje się prawdziwa. By to zrozumieć wystarczy przypomnieć sobie „epopeję życia wiejskiego” naszego noblisty i chwilę pomyśleć…
    Krakowska „chłopomania” traktowała wieś jako krainę idylliczną, sielską. Tymczasem – wieś to pot, ciężka praca i okrutne zasady.

  2. Panie Profesorze, myślę raczej, że temat mocno eksploatowany ostatnio (także w Krytyce Politycznej) pierwsi ruszyli Monika Strzępka i Paweł Demirski – w spektaklu „W sprawie Jakuba S.” (grudzień 2011). Najogólniej pisząc: zajęli się tym „wyparciem wiejskości”, które objawia się w tym, że „wszyscyśmy z dworków”, „panowie szlachta” albo „przedwojenna inteligencja”. Próbują rozprawić się z takimi sentymentami, które ich zdaniem mocno wpływają na postawy współczesnych Polaków zderzonych z realiami kapitalistycznych korporacji.

  3. Bardzo ciekawe uwagi, ale moje obserwacje w żaden sposób nie potwierdzają śmiałej tezy, że rolnictwem zajmują się głównie mężczyźni. Być może dotyczy to w jakimś stopniu nowoczesnego zmechanizowanego rolnictwa, w którym maszyny – kombajny czy traktory są przez nich przede wszystkim obsługiwane. Tu jednak mowa o tradycyjnym. Obrządek zwierząt, dojenie krów – zadanie dla kobiet. Miałam okazję uczestniczyć w żniwach, sianokosach, wykopkach, w których prawie wszystko robione było ręcznie, nawet jeżeli pracę wymagającą większego wysiłku fizycznego wykonywali mężczyźni – koszenie zboża czy trawy, to cała reszta – odbieranie zboża spod kosy, wiązanie snopków, grabienie siana, przewracanie, kopienie – robiona przez wszystkich, którzy akurat mogli wziąć w tym udział – płeć w ogóle nie miała znaczenia, byle mieć siłę utrzymać w rękach grabie czy widły.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. „Wracam do hotelu spacerując za panią, której – sądząc po stroju – wydaje się, że jest rok 1912 i miesiąc temu zatonął Titanic.”
    —————
    Albo nie ma pan pojęcia o modzie z rzeczonego okresu, albo miał pan niesamowity łut szczęścia (nie dany 800 tys. mieszkańcom tego miasta), albo są jakieś granice fantazjowania…Nigdy nie słyszałem też, aby kwiaciarki słuchały radia…Nie w tym miejscu. Zresztą na ulicach Starego Miasta zobaczyć można raczej kolorowe międzynarodowe towarzystwo i rozbawionych młodych ludzi, a nie stateczne mieszczańskie matrony…..
    Natomiast co do tożsamości, to nie ma potrzeby niczego odtwarzać. Ona była, jest i nadal się rozwija. W końcu awangarda i futuryzm to krakowska specjalność…

  6. Witam, Panie Tomaszu chętnie poznam Pana zdanie na temat nowej książki p. Satoshiego Kanazawy: „The Intelligence Paradox: Why the Intelligent Choice Isn’t Always the Smart One”, to mógłby być ciekawy temat dla czytelników Polityki.

  7. Wystarczy wstąpić do Sukiennic, obejrzeć parę obrazów i już się jest ekspertem od Krakowa i zagadnień rolnictwa. O autostradach też można pisać.

  8. Nie, nie otake Polske walczyliśmy…
    Nie take, w której ochocze identyfikacje z prostackim kiczem stają się powszechną postawą afirmacji wspólnot.
    No więc, ja na przykład się nie identyfikuję z chłopstwem, nie mam z ni nic wspólnego, ani nikt, kogo znam ja i moi krewni oraz atentaci.
    Nie chodzę w gumiakach, nie mam wyżelowanej plezery, nie przeniosłem się z gumna na bloki, nie zdobyłem awansu społecznego na wiatrach historii.
    Nie jest mi wszystko jedno, nie mam zgrubień na knykciach i nie jestem mizogynem ani genderem.
    Nie cierpię lenistwa i relaksu, męczy mnie to ponad siły, jak głupota i faryzeizm.
    Nie mnie malował Chełmoński ani Kossak, nie wiszę też w Cepelii na współczesnym portrecie chytrego Żyda z pieniążkiem.

    Dla mnie koko jest tylko i zwyczajnie – niepoko (jące).
    Jako totem pogańskiego plemienia z rysunków naskalnych, nie dotkniętego ani wiarą ani cywilizacją, szykującego się do rytualnej naparzanki pod pozorem sportu a nakierowanej na zwykłą grabież.

    No i co ja tutaj robię i gdzie mi będzie w tej przestrzeni – spoko?
    Panie Profesorze, wskazówek!
    Niech nauka wykaże się wdrożeniem, a grant pewny 😉

  9. @Gekko
    4 maja o godz. 19:53

    „Nie, nie otake Polske walczyliśmy…
    Nie take, w której ochocze identyfikacje z prostackim kiczem stają się powszechną postawą afirmacji wspólnot.”

    Pozwolisz, @Gekko, że podpiszę się pod Twoim postem.

    Jestem ze wsi i rodzinnie w połowie z chłopstwa. Prawdziwy folklor mi nie wadzi, choć nie jestem jego fanką, ale podobnie, jak Ty nie godzę się na prostactwo i wszechobecny obrzydliwy kicz.

    ***

    Poczucie braku wpływu na cokolwiek kształtuje tu sferę wartości – pisze autor.

    Bóg tak chciał – to tłumaczy wszystko.

    Przed laty. Skoszona łąka. Schnie siano. Pada deszcz i znów trzeba suszyć.
    W niedzielę piękna pogoda. Mój ojciec mówi do sąsiada – Panie …ski, czemu nie zwozicie? – Bo dziś niedziela. – Ale w nocy ma znów padać. – Trudno. Bóg zmoczy, Bóg wysuszy. W niedzielę świętą woził nie będę, bo grzech.

  10. @ ewa 1958

    Oczywiście, że pozwalam 😉

    Zakładam, że nie tylko ja NIE pytam o pochodzenie nikogo, z kim chcę się identyfikować, ani też nie usprawiedliwiam pochodzeniem niczego, co godne potępienia, wykluczenia, dystansu.

    To. kim jesteśmy, widać po nas samych i jest to wolny wybór każdego eccehoma.
    Nauka powinna szukać przyczyn w celach terapeutycznych, a nie usprawiedliwień dla takich czy innych zachowań eccehoma.
    Pomimo, że nie podzielam źródła ani praktyki Pani filozofii o mannie z nieba, chętnie o tym porozmawiam:
    Jeśli bóg zmoczył plony, właściciel wierzy, że to uzasadnienie dla ich zmarnowania własnym lenistwem, to i bóg powinien mu zapłacić w skupie , dlaczego ja – z podatków (bo przecież gospodarz nieubezpieczony…)?
    Nie ma w takim zachowaniu oczekiwania manny nic z takiej czy innej socjogenetyki, ale jest to po prostu biologiczna cecha osobowości, premiowana społecznie w plemionach albo dysyplinowana normami w cywilizacji.
    Więc jeśli jesteśmy plemieniem z aspiracjami do społeczeństwa, uprawiajmy naukę tak, aby dostarczała wygodnych usprawiedliwień, dlaczego się aspiracja nie udaje.
    Dlaczego banalnie patologiczne zachowania są plemiennie uzasadniane i premiowane „naukowym” rodowodem społecznościowym.
    Prawda i tak „nauk” takich w cywilizacji nie wymaga, grantów im nie przyznaje.

    PS Ale grant za pomoc socjologiczną dla moich starań afiliacyjnych – czeka 😉

  11. Szanowny Panie Profesorze,
    Proszę o zdefiniowanie kategorii ,,wiejskie wartości”, przyznaję, że powstał tutaj nowy podział. Czy idąc tym tropem myślenia czy są także ,,wartości miejskie” ? Rozumiem ,że wartości ,,naszej chłopskości” do której ,,chcemy dążyć” posiadają inną zadowalającą cechę różnicującą. Proszę

  12. …powiedzieć, o co chodzi z tym zdrowiem obywateli? ,,Wieś nigdy nie dostarczała społeczeństwu i państwu najzdrowszych obywateli”. Analogicznie , czy to miasto dostarcza najzdrowszych obywateli państwu? 🙂 Proszę zwrócić uwagę na moim zdaniem zbyt daleko idące skróty myślowe:) Pozdrawiam.

    P.S. @Gekko, Czy gekon znalazł już nabywcę :)? Pozdrawiam 🙂

  13. @ Aleksandra, 25 maja o godz. 9:52
    – – –
    Jak się zdaje, masz Aleksandro zbyt naiwnie wygórowane oczekiwania co do możliwości nauki.
    Podobnie jak ja co do bezgotówkowego zbycia gekkona.
    Teraz, jak nauki modowe (czy też modne nauki), poprawne są mikro jeże, albo też – mięsny jeż.
    Został mi więc gekkon i nauka, co dzisiejsze problematy dysertacyjne o ontogenezie zjawiska koła czyni podobnie niesprzedawalnymi 😉
    Pozdrawiam.

  14. @Koko spoko Gekko. Nie jest to kwestią nauki,tylko genów.

  15. Jakoś mi z tą straszliwą apatią wsi nie licuje historia powstań chłopskich.

  16. Agresywne zachowanie mężczyzn i pasywne kobiet nie jest żadnym skutkiem rolnictwa, ale wynika z biologii. Samica przekazuje dzieciom więcej ze swojej informacji genetycznej i tym samym ma biologiczny interes w ochronie, a nie agresji. Taka sytuacja występuje od 2 miliardów lat.
    (Polityka nr. 17/18 25.04.2012 str.102-105, Czym odpłaca się płeć, Rozmowa z dr. Marcinem Ryszkiewiczem.
    http://www.polityka.pl/nauka/czlowiek/1526305,1,do-czego-sluzy-rozmnazanie.read)

    Kultura, w tym wynalazek rolnictwa, stopniowo likwiduje biologiczne ograniczenia. Dotyczy to także emancypacji kobiet. Człowiek się wywodzi od małpy, a w stadach szympansów jak wiadomo dominują samce. Czy szympansy są rolnikami?

    W kulturze przed rolniczej łowiecko-zbierackiej sytuacja kobiet była znacznie gorsza. 25-30 % mężczyzn ginęło w wojnach, a kobiety w tych wojnach były łupem. Plemiona zbierackie do dzisiaj się zachowują w ten sposób. Większość ówczesnych ludzi nie odżywiała się źle, tylko wcale, tzn. przez większość czasu chodzili głodni i walczyli z dzikimi zwierzętami i innymi grupami ludzi. Z milionów lat głodu ludzi pierwotnych bierze się dzisiejsza skłonność do tycia obecna w większości populacji.

    Plemiona pasterskie, które są bliższe łowiectwu niż społeczności rolnicze, traktują kobiety znacznie gorzej, czego przykładem są morderstwa młodych kobiet, które /splamiły honor rodziny/ poprzez założenie spodni zamiast spódnicy albo rozmowę z kolegą szkolnym. Takie sytuacje zdarzają się wśród ludów pasterskich np. Kurdów w Turcji, o czym pisały polskie gazety. Społeczności rolnicze traktują kobiety lepiej i nie jest to przypadek.

    Jak wiadomo z podręczników do historii dla szkoły podstawowej w społecznościach rolniczych, np. feudalnych, wysoką pozycję społeczną zajmowali nie rolnicy, chłopi, pracownicy rolni, ale wojownicy (szlachta). Praca jako wyznacznik statusu społecznego to wynalazek /dzikiego/ kapitalizmu z XIX wieku. Nie jest prawdą jakoby kobiety nie wykonywały ciężkiej pracy w rolnictwie i gdzie indziej. To jest seksistowski stereotyp w głowie profesora marksizmu. Kobiety nie tylko ciężką pracę wykonywały, ale i wynalazły rolnictwo. I na tym skorzystały.
    Cameron, Neal Historia gospodarcza świata str. 29:
    /Wprowadzenie uprawy roślin było dziełem kobiet zamieszkujących wzgórza na terytoriach dzisiejszego Iraku lub Kurdystanu/

    Przejście od feudalizmu do kapitalizmu po raz kolejny zwiększyło prawa kobiet (Mises Socjalizm str. 74-90). Również w fabrykach początkowo pracowały kobiety i na tym skorzystały.

    Utopia chłopskiej arkadii to oczywiście blaga, która jednak blednie w porównaniu z blagą utopii prehistorycznej społeczności komunistycznej rozpowszechnianą przez autora bloga. Kto tu jest większym blagierem? Mówienie o dzisiejszej Polsce, jako XIX wiecznym kapitalizmie, to czysta blaga do kwadratu. W XIX wieku nie było ZUSu zabierającego połowę dochodów. Nie było państwa liczącego PKB. Traktowanie ludzi jako /zasobów/ to skutek XX wiecznego socjalizmu i państwa opiekuńczego. Na szczęście ta socjalna epoka się kończy. Państwo opiekuńcze zabiera zasoby pracującym ludziom młody i oddaje niepracującym emerytom. Nic dziwnego, że zmniejsza się liczba zakładanych rodzin, skoro nie ma, za co je założyć.

  17. Wieś, wsi nierówna. W naszych mitach pozostała wieś przełomu XIX i XX w – pozostała w obrazach i literaturze. Ale porównać wieś z „Chłopów” czy książek pozytywistów do obrazów wsi niemieckiej, angielskiej, czy francuskiej tego samego okresu nie jest łatwo. Raczej smutne, że podobieństwa wyznacza obszar nędzy ludzkiej; nie tylko i nie tyle materialnej, co moralnej. Traktowanie kalek i starców, osób nieprzydatnych w produkcji. obcych i spoza własnego kręgu (swój – obcy). Zawsze nieco lepiej wyglądało to w krajach protestanckich. gdzie postawiono na samoorganizację wspólnot ale i prawa były drakońsko surowe (w Anglii XVII w 266 czynów zagrożonych karą śmierci – od ścięcia czyjejś czereśni, po kradzież jagniaka). Wieś to trudne miejsce do życia, przyroda nie zna względów i kształtuje ludzi na swój obraz i podobieństwo. Nigdy nie było wsi sielsko – anielskiej, choć miała (i ma) swoje uroki i zalety.

  18. @jaruta

    Wyjątkowo trafnie to ujęłaś.

    Wieś była i jest na swój sposób okrutna również obecnie. Ot, choćby stosunek do zwierząt. Nawet psiaka czepiają na łańcuchu. Nie leczą psów i kotów. Nie akceptują ‚obcych’.

    Coraz mniej jest nędzy materialnej, ale moralnej tyle samo. Nawet wykształcenie nie jest w stanie zmienić mentalności, choć, jak wszędzie, zdarzają się wyjątki.

  19. Dziwne. że akurat o Krakowie Pan tutaj pisze. Złe strony wsi to raczej w Warszawie do głowy przychodzą.

  20. @Krzysztof Mazur
    Wydaje mi się, że konstrukcja retoryczna użyta w cytowanym zestawieniu: „Plemiona pasterskie, które są bliższe łowiectwu niż społeczności rolnicze, traktują kobiety znacznie gorzej, czego przykładem są morderstwa młodych kobiet, które /splamiły honor rodziny/ poprzez założenie spodni zamiast spódnicy albo rozmowę z kolegą szkolnym. Takie sytuacje zdarzają się wśród ludów pasterskich np. Kurdów w Turcji, o czym pisały polskie gazety. Społeczności rolnicze traktują kobiety lepiej i nie jest to przypadek.” oraz niepoparte dowodami i żenująco generalne wnioski w końcowej części cytatu wskazują na nieco tendencyjne nastawienie autora. To pierwsze primo. A drugie primo, to to, że mnogość kultur, które uważamy za barbarzyńskie istniała i spisywała swoją tradycję na długo przed Popielem i Piastem i nie mamy prawa z perspektywy euro-liberalnych neofitów krytykować ich. Nasz model rozwoju nie jest jedynym modelem na świecie.
    W kulturach pierwotnych, łowieckich, pasterskich czy nawet rolniczych żywot wszystkich, nie tyko kobiet, ale i mężczyzn, dzieci, inwentarza, jest dużo cięższy i nikogo tam nie stać na salonowe dywagacje na temat praw tego czy innego. Prawo jest jedno: obrót Ziemi wokół Słońca, wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami. A że przyroda brutalną jest, to i dziwić się nie można, że człowiek jako element przyrody tak samo w nią wpisany, jak wszystko inne pod słońcem, również ulega brutalizacji, którą być może przenosi na swoje pierwotne struktury rodzinne/plemienne. Czymże wszak jest rodzina/plemię, jak nie odbiciem porządku świata.
    Faktem jest, że mieszkańcy Europy osiągnęli w swej historii poziom złożoności cywilizacyjnej, jakiego wcześniej nie było. Ale to jest TYLKO JEDNA Z CYWILIZACJI, nie zaś jedyna i nieomylna. Proszę to łaskawie wziąć pod uwagę.

  21. Obraz rolnictwa i rolniczej społeczności odmalowany w tekście, jest chyba z lekka archaiczny. Nie wydaje mi się, żebyśmy dziś, nawet w jakiś tam sposób hołubiąc chłopskość i wiejskość jako elementy tradycji wrócili do czasów, w jakich malował Chełmoński.

    A ‚zdanie się na fatum, na los i w efekcie bezsilność…’ – z tym możemy mieć do czynienia i w centrum miasta, gdy na przykład trafimy na mało życzliwego urzędnika. Będziemy się garbić przy okienku, jak kiedyś chłopi przy żarnach, i nic…

    To oczywiście żart, ale może tylko w jakiejś części.

    A wracając do tekstu Pana Profesora – problem chyba w tym, że ‚wiejskość’ przybiera u nas zawsze przaśną maskę. Wiejska prostota zmienia się w prostactwo, tradycyjne rytuały przybierają formę topornych spektakli.

    Nawet, jeśli wieś idzie dziś z duchem czasu, to ‚wiejskość’ pozostaje wieśniacka.

  22. Czy Colin Tudge widział kiedyś na własne oczy gospodarstwo rolne? To zajęcie tak trudne i wymagające tyle wysiłku, że nie ma możliwości, żeby zajmował się nim tylko mężczyzna. W zbiorach brały udział całe rodziny. Kto się wychował na wsi, ten wie, że akurat w rolnictwie nie ma jednego „dostarczyciela pożywienia” – wszyscy robią na to, żeby wszyscy mogli jeść. Nie ma też czasu, kiedy rolnik „nic nie robi”. Gospodarstwo to w końcu nie tylko sianie i zbieranie, ale też hodowla zwierząt, ew. handel zbiorami, troska o narzędzia pracy itd. To właśnie rewolucja neolityczna wybiła mężczyznom z rąk przewagę siły i wytrzymałości w zdobywaniu pożywienia. Innymi słowy, jeśli rolnictwo coś zmieniło w relacji płci, to raczej wymusiło właśnie współdziałanie i podział obowiązków. Trochę głupio też porównywać dietę mieszkańców wsi do szalenie urozmaiconej diety zbieraczy-łowców, skoro Ci drudzy byli skazani nie tylko na kaprysy natury, ale na sam fakt wyczerpywalności zasobów, których nie potrafili odnawiać. Tym bardziej negatywnie wypada porównanie do mieszkańców miast, którzy mieli dietę raczej podobną do wiejskiej – ostatecznie to wieś dostarczała pożywienia. Nie mówiąc o problemach z higieną i epidemiami, które pustoszyły miasta w dużo większej mierze niż wsie. To, że wsie w PRL-u dostarczały mniej rumianych chłopców w kamasze jest jednak „dowodem” mocno wątpliwym, jeśli się chce to rozciągać na rolnictwo en bloc.
    Innymi słowy, Colina Tudge’a bym sobie jednak darował.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php