Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

24.04.2012
wtorek

Kimże jestem? Dziewięć akapitów o polskiej tożsamości

24 kwietnia 2012, wtorek,

Pisząc na blogu „Polityki” miałem ambicję uniknąć polityki, tak jak unikałem jej do tej pory. Unikałem z rozmysłem nie chcąc znaleźć się po którejkolwiek ze stron polskiego manicheizmu. Miałem wrażenie, że socjologowie komentujący wydarzenia polityczne w sposób nieunikniony zmuszeni są stanąć po jednej ze stron popisowej barykady, albo – jeśli nie mają na tę popisówę specjalnej ochoty – w sprawach politycznej „bieżączki” zamilknąć. No to dzielnie sobie milczałem.

Ostatnio rośnie we mnie jednak coraz silniejsze przekonanie, że za unikaniem polityki nie stała jedynie racjonalna decyzja uczonego-socjologa nie mającego ochoty babrać się w sporach politycznych, ale coś głębszego, złożony tożsamościowy problem, jaki mam sam ze sobą. Natrząsam się z nastolatków i dwudziestokilkulatków, że muszą odbębnić mozolną pracę, aby zbudować siebie z tożsamościowych klocków dostępnych w Sieci, mediach i grupach rówieśniczych, a tymczasem sam? Sam zmagam się z jeszcze trudniejszym problemem, zmagam się jeszcze mocniej.

Od lat opowiadam studentom, że nie dla mnie narracje polsko-szlacheckie, skoro mój ojciec urodził się w Krupach, a potem mieszkał w Ograszce z sześciorgiem rodzeństwa. Skoro moja mama wychowała się w ubogiej rodzinie robotniczej w Chełmży. Skoro PRL, znienawidzony zresztą przez moich rodziców – co wielce charakterystyczne dla sprzeczności panujących w kraju nad Wisłą – uwolnił ich dając im wykształcenie. Nie moje kresowe dworki, kolumnady nad dworkowymi drzwiami i nostalgia za Pan-Tadeuszowym parzeniem kawy. Śmieszy mnie ten nostalgiczny powrót polskiego post-chłopstwa, które dorobiło się w naszym peryferyjnym kapitalizmie na tyle, żeby pod lasem postawić domek, do arystokratycznych pejzaży i wzorców życia. Tęsknią nieświadome, zmanipulowane medialnie i politycznie biedactwa za czasem, w których ich przodków panowie batożyli po grzbietach i w których swoją dolę ich przodkowie uprawiali dopiero szóstego dnia (bo przez pięć dni wcześniejszych pracowali niczym niewolnicy na pańskim). Jestem potomkiem chłopstwa i gdyby nie PRL pewnie pasałbym teraz zwierzynę i orał. Gdyby nie PRL i objawione talenta edukacyjnego cudaka nie stałbym się tym, kim jestem. Zewnętrzna, znienawidzona w Polsce siła, wyzwoliła kategorię społeczną, z której się wywodzę od wewnętrznego kolonizatora – panów. Czy to znaczy, że tęskno mi do pseudoludowej, real-socjalistycznej, sterowanej przez tajniacko-agenckie siły Polski? A w życiu! Gdzieżby!

Pewnie zauważyliście, że intelektualna lewica restauruje dziś z wielką pieczołowitością narracje polskiej chłopskości, odrębnej od zmitologizowanego polskiego dworu szlacheckiego i temu dworowi wrogiej. W ostatnim „Przekroju” odczarowuje się i uromantycznia Jakuba Szelę, który w proteście przeciw pańszczyźnie pakował panów do żłobów i krajał piłą. W dzikim pędzie ku odczarowaniu jednolitej post-szlacheckiej polskości gloryfikuje się – za jednym zamachem z Szelą i Janosikiem – na przykład Andrzeja Leppera jako ludowego przywódcę, reprezentanta demosu, którego elity połknęły, kazały mu pójść na solarium i do fryzjera, kupić drogie obuwie, a potem pożuły go sobie i wypluły.

Choć mam silną tożsamość postchłopską i nie moi są dworscy bohaterowie powstań (z Powstaniem Warszawskim łącznie) i nie moje są nadniemeńskie folwarki, to jednocześnie jestem inteligentem, któremu nie sposób wcisnąć Leppera/Szeli jako klasowego idola i symbolu jego społecznej kategorii. Nie trawię ani trochę narodowego, republikańskiego, ziemiańskiego i sarmackiego mitu wciskanego każdą medialną szparą przez polską ultraprawicę, a jednocześnie nie jestem w stanie przyjąć jako swego, z całym dobrodziejstwem inwentarza, rodzącego się ultralewicowego mitu uciskanego chłopstwa, bo – po prostu – moje cechy psycho-społeczne i styl życia lokują się na poziomie liberalnej klasy średniej, ukochanej (niestety) przez korporacje starające się sprzedać mi elektronikę i najnowsze kroje marynarek.

No to kim jestem i gdzie jestem? Jako agnostyk nie jestem w stanie pokochać ludowego katolicyzmu z jego przerażającym inteligenta, antyintelektualnym nastawieniem. Wszelkie zatem prawicowe projekty odpadają z powodów światopoglądowych (i estetycznych), skoro nieodmiennie dopięta jest do nich koszmarnie spłycona warstwa religijna. Nie mieszczę się w nich, choć w ogóle bym się nie obraził, gdyby nasze państwo zrzuciło z siebie postkolonialną, peryferyjną narzutę i stało się silne (jak pragnie tego ultraprawica). Z drugiej strony, bliskich mi jest całe mnóstwo haseł liberalnej lewicy, ale – wybaczcie – nie pokocham Leppera/Szeli jako bohatera i nie pokocham związków zawodowych w obecnym ich polskim kształcie. Jestem ci ja z folwarku, ale post-folwarczne cechy (amoralny familizm, skrajny indywidualizm, materializm, brak zdolności współpracy i umiejętności organizacyjnych) uważam – dzięki żmudnym socjologicznym studiom – za przyczynę polskich nieszczęść. I co w tej sytuacji? No co mam zrobić? Na kogo głosować z taką poskładaną przez historię tożsamością? Czy jeśli jestem zdania, że sąsiad z lewej strony mapy i sąsiad z prawej kładą – bez zawracania sobie głowy naszymi interesami państwowymi – na dnie Bałtyku rurę, która sprawia trudności statkom mającym ochotę wpłynąć do Świnoujścia, to automatycznie jestem skazany na głosowanie na partię wspierającą religijnych fundamentalistów? A jeśli moje poglądy są zdecydowanie emancypacyjne, to czy skazany jestem na głosowanie na pseudolewicową zbieraninę oryginałów pod neoliberalnym płaszczykiem jej niewyleczonego z neoliberalizmu szefa? Na kogo głosują propolscy, propaństwowi wielbiciele emancypacji z awersją do zinstytucjonalizowanej religii i dworkowych, oderwanych od naszej klasowej historii mitów?

No nijak się nie mieszczę w tej nieskomplikowanej polskiej batalii o prawdę i nijak nie znajduję się w lansowanych medialnie polskich podziałach. Jestem post-chłopsko-liberalną hybrydą, zmagającą się do tego z neoliberalizmem ekonomicznym. Lewicowco-prawicowcem. Ideologicznym niekonsekwencjonistą. Polakiem nie-katolikiem usiłującym odnaleźć emocjo-nośną symbolikę w słowiańskiej prahistorii (bo bez symboli żyć się nie da, prawda?). Nie dla mnie polska ultraprawica (choćby dlatego, że katolicka po demosowemu), nie dla mnie polska ultralewica (bo z niektórymi ideami, na przykład powszechną pensją gwarantowaną, przesadza). Centrum zaś polskiej sceny politycznej jest tak neoliberalne, że aż śmieszne w tej swojej wierze w pozytywne, sprawcze siły wolnego rynku.

No to kim jestem? I gdzie się mieszczę? W jakiej szufladzie? I czy jest dla mnie jakaś w tym kraju partia? I czy jest ktoś, kto ma podobny tożsamościowy kłopot? Czy jestem w tym kraju sam i czy wszyscy inni jakoś potrafią się tu znaleźć: albo pod krzyżem, albo w kontrze do tych, którzy pod krzyżem stoją? Mam nadzieję, że nie jestem jedyny i taki kłopot z poskładaniem samej i samego siebie z polskich tożsamościowych klocków ma jakaś część Czytelników.

Żeby było prosto, żeby się nie męczyć, kolorowe media dzielą kraj na dwa obozy. A ten kraj składa się moim zdaniem z obozów kilkudziesięciu. To archipelag dziesiątek wysepek, na których żyją sobie Polacy w różnych hybrydalnych światach mających się nijak albo słabo do podziałów wałkowanych w mainstreamowych telewizjach informacyjnych.

 

PS. Przepraszam samochodowych pasjonatów za wpis o samochodach. Faktycznie Was nie uwzględniłem. Ale taka socjologiczna dola. Uogólnianie zawsze prowadzi do wykluczania ;-).

3.04.2012
wtorek

Samochód i jego Polak

3 kwietnia 2012, wtorek,

Bo przecież nie Polak i jego samochód… Auto posiadło Polaka, który posiadł auto.

Idea codziennego użytkowania środków komunikacji publicznej w skali masowej to idea w Polsce słabo przyswajalna. Symptomatyczne, że nie przetłumaczono dotąd na język polski książki Lynn Sloman zatytułowanej wymownie „Car Sick. Solutions for Our Car-addicted Culture”. Nie przetłumaczono, bo któż by ją tu kupił? Studentom z dużych miast kochających swoje rowery, a w stolicy jeżdżących metrem, brakuje na książki pieniędzy. Ci zaś, których na książkę Sloman byłoby stać, nie kupią jej i nie przeczytają, bo po cóż mieliby się denerwować, skoro bez samochodu – z ważkich powodów – nie wyobrażają sobie życia?

Sloman, jak wielu innych, zauważa, że coraz liczniejsze samochody zapychają przestrzeń miasta i kradną czas. Mobilność do pary z coraz dłuższą i coraz intensywniejszą pracą zawodową są również w Polsce złodziejami czasu: w pracy i w samochodach spędza się długie godziny. Samochodziana mobilność przyczynia się do ogólnego wzrostu napięcia, stresu i nerwowości. Już teraz dojeżdżający do pracy Polacy zaczynają tęsknić za życiem powolnym, spokojnym, za czasem wolnym, a w czasie wolnym za samorozwojem, przyjemnościami i celebrowaniem więzi rodzinnych. Dwie obligatoryjne godziny w miejskich korkach taki czas wolny z rozkładu dnia i tygodnia kompletnie eliminują.

Sloman uważa, że kłopoty współczesnej, zwłaszcza miejskiej mobilności, a zarazem kłopoty społeczne, które generuje siedzenie w aucie, można rozwiązać zastosowawszy się do zasady 40:40:20. Niezależnie od miejsca na świecie, jej zdaniem 40 procent ruchów w przestrzeni można odbyć na rowerze, kolejne 40 procent ruchów w aucie można zastąpić wejściem do środka komunikacji publicznej albo przemieszczaniem się pieszo, a tylko 20 procent to samochodowa konieczność. Taki scenariusz zaczyna się ziszczać w europejskich eko-miastach, takich jak Kopenhaga. Ale nie ma moim zdaniem wielkich szans powodzenia w Polsce, przynajmniej w najbliższych latach.

Sloman twierdzi, że wystarczą poważne zmiany w infrastrukturze komunikacyjnej, czyli wybudowanie ścieżek rowerowych wszędzie i usprawnienie dotychczasowej komunikacji zbiorowej, aby ludzie przesiedli się z samochodów do autobusów, tramwajów i na rowery. Nie wzięła jednak pod uwagę, że samochód to najgłówniejszy z głównych symboli społecznego statusu w krajach na dorobku. Co prawda awansowaliśmy do pierwszej czterdziestki krajów o najwyższej jakości życia, jednak cały czas, na razie, mamy w Polsce samochodowy materializm i hiper-konsumeryzm zamiast eldorado rowerowego post-materializmu. Wybudowanie w polskim mieście znakomitego centrum sztuki współczesnej automatycznie nie sprawia, że Polacy interesują się masowo sztuką. Podobnie rozbudowana sieć ścieżek rowerowych niekoniecznie spowoduje przesiadkę na rowery. Bo ani znajomość trendów w sztuce, ani rower to nie są zasoby, którymi można błysnąć przed sąsiadami, dalszą rodziną i znajomymi z pracy.

Czytaj całość »

13.03.2012
wtorek

Kibice i rycerze

13 marca 2012, wtorek,

Po raz pierwszy od momentu uruchomienia bloga zaproszę Państwa na wydarzenie. A właściwie na wydarzenia dwa. Oba naukowe, ale – zaznaczam – pełne fajerwerków i ciekawostek dla szerokiej publiczności.

Pierwsze to mini-konferencja organizowana przez Narodowe Centrum Kultury i warszawskie Collegium Civitas (a konkretnie przez mojego kolegę z „politykierskiej” ławki – Edwina Bendyka). Mówię tu o kolejnej edycji seminarium „Kultura i rozwój”, podczas którego postaram się z kolegami zaprezentować wyniki ogólnopolskich badań nad grupami rekonstrukcyjnymi. Zatytułowane jest to seminarium malowniczo: „Imperium kontratakuje. Pasja rekonstrukcji i uczestnictwa”, podobnie jak malowniczy był obiekt naszych badań – neo-rycerze, współcześni czerwonoarmiści, ponowocześni esesmani i wszyscy ci nasi rodacy, którzy w czasie wolnym, zamiast siedzieć przed telewizorem i śledzić kolejne wyczyny bohaterów „Rancza”, przebierają się w mundury i dobywają odrestaurowaną broń, wcześniej z mozołem mundury te szyjąc i broń kując.

Żeby Państwa zachęcić do posłuchania i pooglądania (bo w ramach projektu wykonaliśmy też około piętnastu tysięcy zdjęć i filmów), opowiem krótko o dwóch sytuacjach, które nazwaliśmy w projekcie „Zderzeniami światów”.

Otóż za sprawą częstej obecności rekonstruktorów w strojach z dawnych epok w przestrzeniach XXI-wiecznych (na ulicy, w sklepie, na rynku, w knajpie etc.), przeszłość ma szansę zderzyć się z teraźniejszością powodując konsternację, szok, niedowierzanie, przestrach i śmiech. Czasem przeszłość splata się z teraźniejszością dosłownie i zadziwiająco, rodząc – i straszne, i śmieszne – paradoksy sytuacyjne. Jest to źródło zabawnych nieporozumień i zastanawiających zdarzeń nadających się na anegdoty, które z pewnością krążyć będą latami w ruchu rekonstrukcyjnym i poza nim.

Zderzenie światów numer jeden: Kontrola drogowa

Pewnego rekonstruktora w mundurze Wermachtu naszła w trakcie imprezy plenerowej fantazja dokonać kontroli drogowej. Stanął przy szosie krajowej, wycelował w nadjeżdżające auta broń automatyczną i …mało w ten sposób nie spowodował wypadku. Kierowcy zatrzymywali się ze strachem, a wpadali w strach nie dlatego oczywiście, że pamiętają wojnę. Podobne sceny nie są im obce dzięki wielokrotnej ekspozycji na sceny z serialu „Stawka większa niż życie”. To dzięki aktorom dziesiątek filmów wojennych, niemiecki mundur napotkany niespodzianie przy drodze jest instynktownie przerażający.

Czytaj całość »

7.03.2012
środa

Chińscy mężowie, rosyjskie żony

7 marca 2012, środa,

Dwie liczby nie dają mi spokoju.

Liczba pierwsza: 24 miliony Chińczyków obecnych w tym momencie na rynku matrymonialnym (czyli panów między 20 a 35 rokiem życia) nie znajdzie sobie żony. Z całą zaś pewnością nie znajdzie sobie żony pośród Chinek, które w obliczu przewagi liczebnej mężczyzn, zgodnie z wszelkimi prawidłami socjologicznymi, przebierają w kandydatach jak w ulęgałkach. Marudzą, wymagają bóg wie czego, a najlepiej wszystkiego (wysokich zarobków, aut luksusowych, wyrobów markowych, mieszkań niemałych, wysokiego wzrostu etc.), stawiają rozliczne warunki i przyglądają się potencjalnym kandydatom do ich rąk w ramach specjalnych konkursów.

Krótko mówiąc: aby pozyskać żonę, młody Chińczyk musi stanąć na głowie. A kiedy stanie, to i tak nie zagwarantuje mu to sukcesu i mnóstwo panów z tego reprodukcyjnego wyścigu po prostu odpadnie. Co zaczynają w tak nieznośnej sytuacji robić chińscy mężczyźni? Ano to, co wszyscy mężczyźni od zarania naszego gatunku: zaczynają wyruszać na podboje. Jak świat światem, jedną z głównych przyczyn wojen (wielu psychologów ewolucyjnych sądzi, że jest to przyczyna jedyna) jest seks i możliwość spotęgowania za sprawą wojennych rozbojów sukcesu reprodukcyjnego. Jednym z najpoważniejszych motorów działań społecznych jest po prostu seks, a z całą pewnością niemożność realizacji interesów seksualnych. Chińczycy już teraz, w obliczu niedoboru kobiet na rynku matrymonialnym, decydują się na faktyczne porwania Koreanek z północy i Birmanek. Taka sytuacja jest potencjalnie groźna dla stabilności politycznej, tak wewnętrznej w Chinach, jak w stosunku do sąsiadów Chin. I mało kto zwraca na to uwagę.

Czytaj całość »

2.03.2012
piątek

Do czego młodym autorytety?

2 marca 2012, piątek,

Do niczego, brzmiałaby najkrótsza odpowiedź. Nieco dłuższa brzmiałaby, że ludzie młodzi z istotnych powodów społecznych w ogóle nie rozumieją zadawanego im pytania o autorytety. Autorytet to w dobie Internetu kategoria bezużyteczna, niestosowalna do świata spłaszczonych, sieciowych relacji.

Kilkukrotnie w ciągu ostatniego półrocza miałem okazję rozmawiać o autorytetach tak zwanej dzisiejszej młodzieży (tak zwanej dlatego, że ta kategoria rozciąga się w zależności od badań od lat 15-tu do lat 30-tu). Rozmawiałem o tym ostatnio z rodzicami, nauczycielami i samymi zainteresowanymi – z bydgoskimi gimnazjalistami i licealistami. Punktem wyjścia niemal wszystkich tych dyskusji był pamiętny sondaż Millward Brown SMG/KRC na zlecenie „Rzeczpospolitej” z 2009 roku, w którym wysoko w rankingu młodzieżowych autorytetów wylądowały takie nasycone zróżnicowaną charyzmą i najrozmaitszymi cnotami osobistości, jak Jurek Owsiak (40 procent wskazań), Szymon Majewski (30 procent), Kuba Wojewódzki (32 procent) i Wojciech Cejrowski (27 procent). Ani śladu wybitnych uczonych czy wybitnych przedsiębiorców. Dlaczego? – biadali wszyscy zrozpaczeni tym stanem rzeczy. Co się porobiło z tą młodzieżą? Pogłupiała od tego Internetu i telewizji nadających pospołu wyczyny wzorców osobowych wypasających bryki i pajacujących w narcystycznych podskokach? A może to z kandydatami na autorytety jest dzisiaj coś nie tak?

Kolega z sąsiednich blogowych łam, Jan Hartman, powiedziałby zapewne (zgaduję na podstawie jego publicznych wypowiedzi na ten temat), że jakie młodzieży dzisiejszej cechy, takie jej autorytety. Jak wszystkim śledzącym wypowiedzi profesora Hartmana wiadomo, młodzież jego zdaniem to trywialni nihiliści, hedoniści bez cienia światopoglądu, niewiedzący, czego chcą, choć wiedzący, czego nie chcą. Ciut, ciut jednak wiedzą, bo wiedzą, że chcą zgrzewki piwa w długie weekendy i chcą seriali wytorrentowanych z Sieci za darmo. Domyślam się, że dla tak sprofilowanych umysłów ekranowy dostarczyciel cyrkowych wrażeń jest autorytetem w zupełności wystarczającym.

Choć miałbym sporo do pomarudzenia w kwestii tak zwanej młodzieży, spróbuję darować sobie osobiste wątpliwości/smuteczki i powiedzieć, z jakich okoliczności społecznych bierze się u ludzi młodych widoczna zmiana w podejściu do postaci charyzmatycznych, czy istotnych wzorców osobowych. Najkrócej: ani z ludźmi młodymi nie jest tak źle, jak się niektórym wydaje, nie brakuje też kandydatów na autorytety pośród myślicieli, uczonych, przedsiębiorców, a nawet pośród polityków. Problem z autorytetami pośród młodych jest taki, że nie funkcjonują oni w strukturze hierarchicznej, w której autorytet był instytucją potrzebną. W Sieci autorytet rozumiany po staremu, w kategoriach społeczeństwa industrialnego, które właśnie nam znika, nie ma do odegrania żadnej roli.

Czytaj całość »

25.02.2012
sobota

O sponsoringu i jego przyczynach

25 lutego 2012, sobota,

Cóż, nie uniknę tego tematu. Atakuje mnie ostatnio zewsząd. W telewizji, kiedy zmuszony jestem komentować arcydziwne, serwowane mi w dziennikarskim pytaniu dane, na poważnej konferencji poświęconej seksualności, pytają o to także niektórzy z Państwa, słusznie domagając się socjologicznych wyjaśnień. Tematu mam po prawdzie serdecznie dosyć, ale dobrze. Niech będzie. O paniach sponsorowanych.

Czy to prostytucja czy nie-prostytucja? Czy signum temporis, czy zjawisko stare jak świat, tyle że w świeżym opakowaniu? Dużo tych sponsorowanych, czy mało? I konkretnie ile? Czego sponsoring jest wskaźnikiem? Upadku moralnego? Przemian w podejściu do ciała jako towaru lub/i narzędzia pracy? Radykalnej transformacji w zakresie zachowań intymnych kobiet?

Nie tak dawno w programie telewizyjnym „Kultura, głupcze!” (tutaj można to sobie obejrzeć) usłyszałem dane, które podważają zaufanie do działań badawczych socjologów. Podobno, zachęcił nas do dyskusji w studio pan redaktor, co piąta studentka to dziewczę sponsorowane. Co piąta – ujmijmy na początku rzecz nieco dobitniej – prostytuuje się w celu utrzymania mieszkania, prowadzenia interesujących czynności w czasie wolnym (najchętniej za granicą) i pozwolenia sobie na należycie ometkowane kosmetyki i ciuchy (o podręcznikach akademickich, o ile pamiętam, mowy nie było).

Szybko i po łebkach policzmy: studiuje w tym kraju półtora miliona ludzi, z czego 60-70 procent to kobiety, czyli jakieś – weźmy liczbę mniejszą – 900 tysięcy osób. Kiedy tę liczbę podzielimy przez pięć wychodzi 180 tysięcy prostytuujących się jednostek. I to tylko na studiach, wszak pań zawodowo sponsorowanych przez licznych klientów nie bierzemy tu pod uwagę. A zatem na studiach w trzystu kilkudziesięciu uczelniach wyższych daje się sponsorować tyle osób, ile mniej więcej mieszka w Rzeszowie, Olsztynie czy Toruniu. Nieźle, prawda? Nie dziwota, że w mediach nakręcono wokół tych danych spektakl, a w głosach moralistów słychać szok i nutę biadolenia nad upadkiem obyczajów. Ciekawe notabene, co o takich danych sądzą moje studentki i magistrantki? Każda musiałaby znać przynajmniej jedną sponsorowaną koleżankę, a najlepiej dwie, żeby dane zgadzały się z rzeczywistością.

Oczywiście, jeśli założymy, że sponsorowane muszą mieć sponsorów odpowiednio majętnych, żeby łożyli bez bólu portfela na miesięczną dla sponsorowanej pensję albo płacili za wynajem jej mieszkania, jej telefon i jej prąd, to mamy poważny kłopot z popytem na te 180 tysięcy chętnych do bycia sponsorowanymi. Mężczyznę majętnego w naszym kraju definiuje się najczęściej jako tego, który zarabia siedem tysięcy złotych i więcej (co jest swoją drogą nieco zabawne). Tyle zapewne – minimalnie – musiałby zarabiać chętny do sponsorowania mężczyzna, żeby utrzymać siebie, sponsorowaną kochankę, a jeszcze do tego własną żonę i dzieci, jeśli je posiada. Cała klasa wyższa z wierchuszką klasy średniej wzięta, wliczając kobiety i dzieci, nie liczy w Polsce więcej niż pół miliona osób. Jeśli do tego weźmiemy pod uwagę, że do zdrady (a fachowo: do kontaktów seksualnych poza związkiem długoterminowym) przyznaje się u nas od 20 do 30 procent panów, pośród zaś wielkomiejskich singli, którzy – jak wskazują badania jakościowe nad sponsoringiem także bywają klientami – więcej jest kobiet niż mężczyzn, to łatwo o wniosek, że 180 tysięcy chętnych studentek po prostu nie znalazłoby odpowiednich klientów. Chyba że szukają sponsorów poza naszymi granicami. I to wszystkimi.

Kilka lat temu jedna z moich magistrantek, Agnieszka Anielska, z wielkim trudem namówiła kilka sponsorowanych kobiet do wzięcia udziału w badaniach jakościowych nad tym zajmującym zjawiskiem. Gdybyśmy na podstawie tych badań generowali jakieś oszałamiające media liczby, to moglibyśmy powiedzieć, że całe sto procent spośród respondentek pani Agnieszki to osoby parające się sponsoringiem. Tak się po prostu nie robi i najpewniej oszałamiające dane, które zdumiony usłyszałem w programie telewizyjnym, są wynikiem konstrukcji próby, absolutnie niereprezentatywnej i niezasadnego uogólniania wypreparowanych z tej próby danych. A szczerze powiedziawszy uważam, że ktoś te dane po prostu wyssał z palca.

Nie ma – niestety, chciałoby się dodać! – żadnych poważnych badań nad tym zjawiskiem prowadzonych na próbach reprezentatywnych. Nie ma między innymi dlatego, że sfera seksualności, a w szczególności płatnego seksu i niestandardowych relacji intymnych, to sfera ekstremalnie trudna w naszym kraju do przebadania. Wie coś na ten temat profesor Zbigniew Izdebski, który od nastu lat bada zachowania seksualne Polaków, korzystając z metodologicznego i terenowego wsparcia TNS OBOP. Zbyszek (znamy się od lat, głupio mi zatem pisać o nim zachowując sztywną formę grzecznościową) był niedawno w Toruniu, gdzie odbyła się konferencja studentów i doktorantów, debatujących o przemianach w zakresie miłości, seksualności i intymności w Polsce (tutaj znajdą Państwo stosowną informację). Wspólnie pozżymaliśmy się w czasie obiadu na medialne dane o sponsoringu. Niemniej, stwierdziliśmy obaj, coś jest na rzeczy. Choć z całą pewnością nie jest tak, że jedna piąta studentów bezecnie się prostytuuje, to zjawisko zdaje się narastać. Wystarczy odpowiednio zinterpretować dane pochodzące z jego rzetelnych badań, posłuchać uważnie badaczy jakościowych, albo zajrzeć na portale służące do nawiązywania kontaktów między „studentkami” chętnymi do bycia sponsorowanymi i potencjalnymi sponsorami.

Czytaj całość »

24.02.2012
piątek

Polak w (od)Locie

24 lutego 2012, piątek,

Coraz więcej i chętniej latamy samolotami, a lotniska w Polsce pękają w szwach. Oznacza to, że przenosimy do elitarnego dotąd samolotu zachowania z innych środków lokomocji, na przykład z autobusów PKS-u.

Jedna z moich magistrantek – pani Natalia Kwiecińska – studiuje Polaka w autobusie miejskich zakładów komunikacji. Cóż tam Polak robi, jak tam Polak pachnie, jak Polak do autobusu wchodzi i jak wychodzi, czy obowiązują w autobusie jakieś reguły społeczne, którym się podporządkowujemy. Na Polakach w autobusach znam się słabo, choć rok cały jeździłem autobusami z moją córką do szkoły (była w pierwszej klasie i strach było puszczać ją samą). Lepiej znam się na Polakach w pociągach (mam wrażenie, że składy PKP, obok różnych pokojów hotelowych, są moim drugim domem) i na Polakach w samolotach (latam nieczęsto, ale za to bardzo uważnie przyglądam się ludziom uwięzionym w nich na czas lotu). Oto garść moich – nie ukrywajmy, najzupełniej złośliwych i nie odnoszących się do wszystkich – obserwacji na temat Polaków w podniebnej podróży.

Po pierwsze, nasz rodak w samolocie jest istotą głośną. Polak pokrzykuje od startu do lądowania: na dzieci, które jak on krzyczą, na męża, który chrapie, na żonę, która słusznie marudzi ze strachu, na stewardów i stewardesy, którzy mają minutę opóźnienia z podawaniem alkoholowych znieczulaczy, na turbulencje, które pojawiły się mimo tego, że Polak odbył przed odlotem kontrolną rozmowę z Panem Bogiem w celu zapewnienia sobie wolności od turbulencji (a Pan Bóg nie posłuchał). W samolocie pełnym Polaków, lecącym – dajmy na to – na wczasy do południowoeuropejskich kurortów, panuje nieopisany harmider. Polacy nie potrafią spokojnie usiedzieć w miejscu. Oswajają przestrzeń krzątając się, zaczepiając, popijając, kręcąc się w tę i z powrotem. Zuzia komuś nakrzyczy do ucha i współpasażerowie niezbyt uprzejmie rugają dwulatkę. Mama Zuzi rzuca się do jej obrony jak lwica i rozwiera szczęki strasząc nietolerancyjnych wobec dzieci współpasażerów. Na zewnątrz ścierają się ze sobą fronty, turbulencje kołyszą samolotem, samolot omija bajkowe chmury ostro skręcając to w lewo, to w prawo. Pod samolotem rozpościera się śnieżny dywanik ze znużonych obłoczków. A w środku, niebaczna na zewnętrzne piękno i podniebne niebezpieczeństwa, kręci się polska karuzela. Nasi rodacy grzebią w swoich piętnastokilowych bagażach podręcznych poszukując kanapek. Klęczą tyłem do kierunku lotu i gadają z rodziną ulokowaną na fotelach tuż za nimi. Nawet w czasie startu. Połowa od razu ma obstrukcję i okupuje obydwa dostępne w samolocie szalety. Druga połowa o czymś do kogoś krzyczy.

Po drugie, Polaka w samolocie można rozpoznać – a piszę to z żalem – po tzw. zapachu autobusowym. Mimo klimatyzacji i nawiewu prosto w nos, za sprawą stresu, w samolotach bywa szczególnie gorąco. I kiedy w samolocie robi się nieznośnie duszno, na siedzisku obok nas lokuje się Pan Pachnąca Pacha z Panią Punk Tylna Fryzura. Pan Pachnąca Pacha żałuje na najtańszy dezodorant. Za sprawą braku dezodorantu, zapach spod pachy Pana Pachnącej Pachy niełagodnie i nachalnie rozchodzi się we wszystkie strony. Zwłaszcza w naszą. Zapachowi w rozchodzeniu wydatnie pomaga nawiew. Fryzura Pani Punk Tylnej Fryzury cierpi zaś na specyficzną przypadłość, mającą źródło w porannym zerwaniu się z łóżka (samoloty w ciepłe kraje często odlatują o godzinie 5.30). Fryzura na przedzie Pani Punk Tylnej Fryzury jest jak należy ułożona, natapirowana i naoliwiona. Z tyłu jednak, którego to tyłu lustro nie obejmuje, włosy są, owszem, natapirowane, ale w sposób rzec można naturalny, powygniatany poduszką skłębioną w czasie snu. Poziom wymiętolenia fryzur i rozsiewania specyficznego zapachu bywa jednak wśród Polaków różny, w zależności od tego, ile kosztuje lot i dokąd samolot leci.

Czytaj całość »

22.02.2012
środa

Spektakl wokół Madzi i kwestia dzietności

22 lutego 2012, środa,

Możemy zapomnieć o wysokiej dzietności w Polsce, kiedy media będą z uporem nagłaśniać takie sprawy, jak sprawa półrocznej Madzi.

W publicznej dyskusji nad sprawą śmierci Madzi umknął nam wpływ, jaki tego rodzaju medialne spektakle wywierają na ludziach w wieku rozrodczym. Nagłaśnianie spraw tego typu – dzieci nieszczęśliwie wyślizgujących się z kocyków i wypadających przez okna z idącym tuż za nimi przekazem piętnującym matki – zniechęca do posiadania dzieci. Bo z dziećmi, dowiadują się ludzie na progu założenia rodziny, są same kłopoty. Trzeba je utrzymać, wychować, poświęcać im cały swój czas, a do tego strzec ich jak oka w głowie. A kiedy coś im się losowo przydarzy, to znikąd pomocy. Tylko szok i publiczny lincz. Media, żywiąc się i rozdmuchując do niebotycznych rozmiarów tego typu ludzkie dramaty, odstraszają Polki od posiadania potomstwa. Te, które jak Maria Czubaszek nie chcą mieć dzieci, po przyjrzeniu się nienawistnym tłumom na pogrzebie Madzi nie będą ich chciały mieć jeszcze bardziej. Te, które pragną mieć dzieci, dwa razy się zastanowią czy na pewno warto.

Społeczna histeria związana z przypadkiem Madzi wzięła się między innymi stąd, że dzieci jest mało i coraz mniej, a do tego ciągle, w społecznej ocenie, odpowiedzialne za dzieci są wyłącznie matki.

Być może trudno w to uwierzyć zaglądając do tabloidów, ale przypadków śmierci dzieci jest dzisiaj bardzo niewiele. Statystycznie właściwie nie zdarzają się wcale. Jeszcze na przełomie XIX i XX wieku połowa dzieci nie dożywała wieku rozrodczego, nawet w tak cywilizowanych krajach jak Wielka Brytania. Dzisiaj przeżywa niemal każdy noworodek i niemal każde dziecko ma szansę dożycia dorosłości. Faktycznie, jeśli dzieci giną, to w wyniku bardzo nieszczęśliwego wypadku albo bardzo ciężkiej choroby. Przyglądając się serwisom informacyjnym, można odnieść wrażenie, że w naszym kraju matki nie robią niczego innego, jak tylko porzucają dzieci na mrozie albo tak niefrasobliwie się nimi zajmują, że dzieci umierają. Nic bardziej błędnego – przypadków śmierci dzieci jest bardzo niewiele, ponieważ dzieci są dziś nadzwyczaj cenne.

Kilka lat temu Barbara Szacka, profesor socjologii, opowiadała mi o swojej wizycie u znajomych na wsi. Ze zdumieniem i przerażeniem przyglądała się niefrasobliwości owych znajomych w opiece nad małymi dziećmi, które biegały samopas tuż przy bardzo ruchliwej drodze. Nikt ich nie doglądał i nikt specjalnie nie dbał o ich bezpieczeństwo. Pani profesor uświadomiła sobie potem, o ile pamiętam – po rozmowie ze znajomymi, że wartość dzieci uzależniona jest od ich liczby. Kiedy dzieci jest dużo, jakkolwiek to brutalnie nie zabrzmi, nie dba się o nie i o ich bezpieczeństwo tak mocno, jak dba się o bezpieczeństwo dzieci w sytuacji, kiedy średnio na jedną polską rodzinę przypada jedno. Wartość dzieci dramatycznie rośnie, kiedy jest ich mało i coraz mniej. Na wsi, którą odwiedziła profesor Szacka, dzieci było wciąż dużo, a dzisiaj, zwłaszcza w dużym mieście, dzieci jest niewiele. Kiedy w 2008 roku gościłem w moskiewskiej placówce Polskiej Akademii Nauk, jej ówczesny szef Mariusz Wołos opowiadał mi o zdumiewającym stosunku do dzieci Rosjan, którzy od lat zmagają się z wyjątkowo niską dzietnością. Krótko mówiąc, w Moskwie dzieci jest jak na lekarstwo. A ponieważ jest ich niezmiernie mało, ustępuje się im miejsca w autobusie i w metrze. Tak, tak. Nie ustępuje się miejsca starszym, tylko dzieciom. W sytuacji niskiej dzietności chucha się na to jedno dziecko w rodzinie i dmucha. I nie dopuszcza, żeby biegało samo przy jezdni. Dowozi się je do szkoły aż do piątej klasy i nie pozwala na jakiekolwiek brewerie, które mogą poskutkować nieszczęśliwym wypadkiem. Jeśli dzietność w Polsce od lat oscyluje między 1,20 a 1,40 dziecka na jedną kobietę, nie dziwota, że rozpętuje się medialną histerię wokół każdego przypadku śmierci niemowlęcia. Histeria jest jednak kontrskuteczna – zamiast zachęcić rodziców do baczniejszej opieki, zniechęca ich do posiadania dzieci w ogóle. Zwłaszcza, że winą w takich sytuacjach obarcza się niemal wyłącznie matki.

Czytaj całość »

20.02.2012
poniedziałek

Szminka lekarstwem na kryzys?

20 lutego 2012, poniedziałek,

Wygląda na to, że szminka jest znakomitym lekarstwem na społeczne bolączki. Pomaga kobietom w niwelowaniu przykrych, osobistych skutków kryzysu. Jaka szkoda, że nie mogę jej używać, pewnie poczułbym się lepiej.

Tuż po atakach wrześniowych w 2001 roku, Leonard Lauder, podówczas prezes firmy kosmetycznej Estée Lauder, zauważył, że sprzedaż szminek w Nowym Jorku uległa podwojeniu. Biorąc to pod uwagę, Lauder obmyślił Lipstick Index, którego zadaniem jest pomiar społecznych nastrojów. Im gorsze czasy, im bardziej ludzie czują się nieszczęśliwi, osaczeni, poddani poważnemu ryzyku, tym więcej sprzedaje się szminek. Szminka jest lekarstwem na kryzys, na recesję, na społeczną anomię (pardon za fachowe słownictwo, chodzi o to, że generalnie nie jest dobrze). Zakup i użycie szminki jest najprostszym i stosunkowo tanim sposobem na podniesienie własnej atrakcyjności i poczucie się lepiej.

Niestety, w czasie obecnego kryzysu, a konkretnie od 2007 roku, sprzedaż szminek zaczęła spadać, a potem, od 2010 nieznacznie rosnąć, co dowodziłoby mocno ograniczonej mocy szminki jako precyzyjnego wskaźnika nędznych społecznych nastrojów. Oczywiście nie omieszkano tego Lauderowi wytknąć, na co ten – wcale niezmieszany – odparł, że nigdy o szmince nie mówił. Mówił za to o dowolnym drogim drobiazgu mieszczącym się w damskiej kosmetyczce. Kiedy nadchodzi kryzys, kobiety kupują sobie po prostu drogie drobiazgi służące do ozdabiania ciała i twarzy. Kiedy wszystkim dokoła spadają zarobki i kiedy nie stać nas na zbyt wiele, choć spada sprzedaż szminek, to rośnie – dla przykładu – sprzedaż lakierów do paznokci (można o tym poczytać tutaj).

Mam wrażenie, że Lauder się myli, ale myli się tylko połowicznie. Myli się ponieważ szminki i inne akcesoria z damskiej kosmetyczki sprzedają się świetnie zarówno w sytuacji kryzysu ekonomicznego w skali makro, jak i mikro-kryzysu ekonomicznego w osobistym portfelu, nawet w czasach gospodarczej hossy. Szminka czy lakier leczą bolączki recesji, ale są też remedium na poczucie społecznego niedostosowania w sytuacji prosperity, kiedy wszyscy dokoła się bogacą i konsumują na pokaz, a nas nie bardzo na to stać.

Jak wynika z arcyciekawych badań harwardzkiej ekonomistki Juliet Schor, przeprowadzonych jeszcze w czasach ekonomicznego boomu, kobiety pragną być widziane z odpowiednimi markami. Niby nic nowego pod słońcem, wie to każdy specjalista z branży marketingowej. Nie jestem jednak pewien, czy każdy – zwłaszcza ktoś niebędący specjalistą od marketingu – zdaje sobie sprawę, po cóż produkuje się kosztowne drobiazgi sławnych marek.

Otóż Amerykanka, jeżeli nie może pozwolić sobie na kupno płaszcza od Prady za półtora tysiąca dolarów, kupuje chociaż szminkę za dolarów dwadzieścia. Kobiety z arcyważnych powodów kupują nazwę, a nie produkt, który czemuś konkretnemu ma służyć. Szminka to coś, co wyjmuje się i stosuje przy ludziach, na przykład w pracy. Amerykanki zatem będą kupowały drogie szminki, nie będą jednak kupowały drogich preparatów do demakijażu, ponieważ stosuje się je w prywatnym zaciszu. Nikt nie widzi, czym kobieta przemywa twarz wieczorem, w prywatnej i zamkniętej na skobel łazience. Badane przez Schor studentki Harvardu potrafiły bezbłędnie wskazać różnice w jakości preparatów do oczyszczania twarzy za pięć i za dwadzieścia pięć dolarów (nie wiedząc rzecz jasna, jaka jest cena testowanych przez nie produktów), nie widziały natomiast różnicy między jakością szminki (również testowanej w ciemno) za pięć i za dwadzieścia dolarów. Po co zatem wydawały znacznie poważniejsze sumy na zakup drogich szminek, których jakość nie miała dla nich znaczenia?

Odpowiedź jest prosta: szminka jest społecznie widoczna, a po części dzieje się tak z innymi produktami przemysłu kosmetycznego na przykład z pudrem, który zabiera się na zewnątrz czy z cieniami do powiek, których równie często używa się w przestrzeni publicznej. Czerwony błyszczący lakier do paznokci także świetnie widać. Świeci po oczach „bogactwem”.

Sądzę zatem, że szminki – podobnie jak drogie pudry i lakiery do paznokci – są dobre i w kryzysie, i w dobie prosperity. W czasie kryzysu, kiedy wyrzucają nas z pracy, albo jeśli nie możemy tej pracy znaleźć, kiedy spadają zarobki wszystkich wokół, najprostszym sposobem pokazania, że mimo wszystko nam się wiedzie, jest użycie drogiej szminki albo prezentacja drogiego paska, które i tak są znacznie tańsze od markowych płaszczy czy samochodu. Nie poprawimy sobie nastroju kupując coś, czego inni nie będą mieli szans zobaczyć. Dzięki drogiej szmince kobieta zatem nie tylko będzie wyglądać lepiej, ale i lepiej się poczuje na tle biedniejących (jak ona) koleżanek z pracy. W sytuacji prosperity natomiast, kobiety starają się za pomocą drobnych, acz drogich gadżetów „doszlusować” do majętniejszych koleżanek, zaakcentować pozycję ekonomiczną i społeczną, której de facto nie mają. Dlatego nie ma szans, żeby indeksy społecznych nastrojów budować na produktach, takich jak szminka. Lepiej wykorzystać do tego przedmioty, których posiadania nie można łatwo pozorować, np. samochody.

Ciekawe, tak na marginesie, co też kupują sobie w sytuacji kryzysu mężczyźni, skoro nie wypada im się pomalować? Krawaty? Spinki do mankietów? Smartfona o większej przekątnej ekranu do położenia na barze? Męska atrakcyjność w skali całego świata nie jest bowiem uzależniona od podmalowanej fizys, tylko od zestawu symboli statusu, jakie panowie noszą na sobie i przy sobie. Albo w których panowie zasiadają (czyli od auta). Może warto sprawdzić, czy Tie Index (czyli Wskaźnik Krawaciany), albo jakiś inny wskaźnik odnoszący się do widocznych gadżetów męskich, nie mierzą aby społecznych nastrojów ciut lepiej od Indeksu Szminki.

19.02.2012
niedziela

Powitania, ukłony, uśmiechy (i ostrzeżenia w wersji light)

19 lutego 2012, niedziela,

Zacznę wielce konwencjonalnie: serdecznie witam na moim blogu. Będzie to blog stawiany na socjologicznym rusztowaniu. Postaram się na nim komentować zbiorowe wyczyny Polaków i innych, mniej ekstraordynaryjnych nacji.

Szczerze powiedziawszy, byłem zaskoczony „politykierską” propozycją, bo jak mi się wydawało nikomu w całości, w całej rozciągłości Szlendaka, nie pasuję. Blogują na odpowiednich stronach, jak sądziłem, ludzie odpowiedni, cali ulepieni z jednej światopoglądowej gliny. A ja? Cóż, ja nie należę do żadnego polskiego plemienia i notorycznie, acz najzupełniej przypadkiem, uciekam z komentarzami na boki, opowiadam na przekór i tłumaczę na skos. Kończy się to czasem brakiem fanów po dwóch stronach obowiązkowego polskiego piekiełka. Tak zwana prawica ma mi za złe emancypacyjne frazy i całkowity brak zamiłowania do bytów nadnaturalnych, kształtujących jakoby ludzką moralność. Tak zwana lewica pomstuje z kolei, że brak mi trochę wrażliwości genderowej i za dużo w moich opowieściach „genów” i „natury”. Żeby sprawy miały się i zabawniej, i nieprościej – mam dobrych znajomych po jednej i po drugiej stronie. Jakoś się znosimy.

Skoro na to socjologiczne blogowanie dałem się namówić, to chciałbym, w niezgodzie z konwencją, a przede wszystkim z elementarnymi regułami autoreklamy, delikatnie ostrzec. Blog nie wszystkim mianowicie musi przypaść do gustu, przeznaczony będzie bowiem dla: 1) osób wszystkożernych, 2) koników polnych i 3) dla tych, którzy porzucą – choćby na chwilę poświęconą lekturze – perspektywę wziętego psychiatry.

Czytaj całość »

css.php