Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Wszystkożerca - Socjo-pomyślenia Tomasza Szlendaka Wszystkożerca - Socjo-pomyślenia Tomasza Szlendaka Wszystkożerca - Socjo-pomyślenia Tomasza Szlendaka

3.04.2012
wtorek

Samochód i jego Polak

3 kwietnia 2012, wtorek,

Bo przecież nie Polak i jego samochód… Auto posiadło Polaka, który posiadł auto.

Idea codziennego użytkowania środków komunikacji publicznej w skali masowej to idea w Polsce słabo przyswajalna. Symptomatyczne, że nie przetłumaczono dotąd na język polski książki Lynn Sloman zatytułowanej wymownie „Car Sick. Solutions for Our Car-addicted Culture”. Nie przetłumaczono, bo któż by ją tu kupił? Studentom z dużych miast kochających swoje rowery, a w stolicy jeżdżących metrem, brakuje na książki pieniędzy. Ci zaś, których na książkę Sloman byłoby stać, nie kupią jej i nie przeczytają, bo po cóż mieliby się denerwować, skoro bez samochodu – z ważkich powodów – nie wyobrażają sobie życia?

Sloman, jak wielu innych, zauważa, że coraz liczniejsze samochody zapychają przestrzeń miasta i kradną czas. Mobilność do pary z coraz dłuższą i coraz intensywniejszą pracą zawodową są również w Polsce złodziejami czasu: w pracy i w samochodach spędza się długie godziny. Samochodziana mobilność przyczynia się do ogólnego wzrostu napięcia, stresu i nerwowości. Już teraz dojeżdżający do pracy Polacy zaczynają tęsknić za życiem powolnym, spokojnym, za czasem wolnym, a w czasie wolnym za samorozwojem, przyjemnościami i celebrowaniem więzi rodzinnych. Dwie obligatoryjne godziny w miejskich korkach taki czas wolny z rozkładu dnia i tygodnia kompletnie eliminują.

Sloman uważa, że kłopoty współczesnej, zwłaszcza miejskiej mobilności, a zarazem kłopoty społeczne, które generuje siedzenie w aucie, można rozwiązać zastosowawszy się do zasady 40:40:20. Niezależnie od miejsca na świecie, jej zdaniem 40 procent ruchów w przestrzeni można odbyć na rowerze, kolejne 40 procent ruchów w aucie można zastąpić wejściem do środka komunikacji publicznej albo przemieszczaniem się pieszo, a tylko 20 procent to samochodowa konieczność. Taki scenariusz zaczyna się ziszczać w europejskich eko-miastach, takich jak Kopenhaga. Ale nie ma moim zdaniem wielkich szans powodzenia w Polsce, przynajmniej w najbliższych latach.

Sloman twierdzi, że wystarczą poważne zmiany w infrastrukturze komunikacyjnej, czyli wybudowanie ścieżek rowerowych wszędzie i usprawnienie dotychczasowej komunikacji zbiorowej, aby ludzie przesiedli się z samochodów do autobusów, tramwajów i na rowery. Nie wzięła jednak pod uwagę, że samochód to najgłówniejszy z głównych symboli społecznego statusu w krajach na dorobku. Co prawda awansowaliśmy do pierwszej czterdziestki krajów o najwyższej jakości życia, jednak cały czas, na razie, mamy w Polsce samochodowy materializm i hiper-konsumeryzm zamiast eldorado rowerowego post-materializmu. Wybudowanie w polskim mieście znakomitego centrum sztuki współczesnej automatycznie nie sprawia, że Polacy interesują się masowo sztuką. Podobnie rozbudowana sieć ścieżek rowerowych niekoniecznie spowoduje przesiadkę na rowery. Bo ani znajomość trendów w sztuce, ani rower to nie są zasoby, którymi można błysnąć przed sąsiadami, dalszą rodziną i znajomymi z pracy.

Ponieważ o statusie w krajach legitymujących się wysoką nierównością społeczną świadczą ruchome i nieruchome kosztowne posiadłości, to Polak Polaka czyta za pomocą jego/jej samochodu. Polak Polakowi komunikuje samochodem. Polak buduje stereotypy na temat innych Polaków w oparciu o to, co ci inni Polacy robią w samochodzie i z samochodem. Czasem można odnieść wrażenie, że samochód jest najpotrzebniejszym gadżetem w kraju nad Wisłą i głównym nie-ludzkim aktorem społecznym, daleko ważniejszym od ludzi, którzy nim jeżdżą.

Bo nie samo jeżdżenie samochodem jest tu ważne, jeno jego posiadanie i publiczna prezentacja.  Bo auto to najważniejszy dla Polaka symbol statusu. Ważniejszy od kosztownych ubrań, czy zrobionych u porządnego dentysty zębów. Samochód dla Polaka jest przedmiotem arcycennym, którego nie należy nadużywać, aby się nie pobrudził i nie zepsuł. Najlepiej w ogóle nim nie jeździć. Inaczej postępuje dla przykładu Sycylijczyk, który rozbija swoje auto bez mrugnięcia okiem, ociera je niemiłosiernie w trakcie parkowania o inne auta i w ogóle ma niezbyt nabożny do swojego samochodu stosunek. Wystarczy przespacerować się ulicą w Katanii i policzyć auta nieobtarte i nieobtłuczone. Jest ich bardzo niewiele. W Polsce odwrotnie – samochodów obtłuczonych jak na lekarstwo, choć stłuczek i wypadków pełno. Być może świadczy to o naszej miłości do samochodu, której Polak daje wyraz w dowolnych okolicznościach, na przykład na urlopie. Można czasem odnieść wrażenie, że urlop jest Polakowi potrzebny wyłącznie po to, aby w spokoju umyć auto.

Wypucowany i nieobtłuczony samochód jest najważniejszą częścią polskiej „konstelacji” statusowej. Przedmioty bowiem, które wyznaczają nasz status społeczny, zwykle układają się, jak gwiazdy na niebie, w całe konstelacje. Konstelacje takie istnieją, ponieważ ludzie muszą używać całych kompletów produktów, ażeby należycie odegrać role przypisane im w społecznym dramacie. Zmusza to do zakupienia i prezentowania wielu przedmiotów, z których każdy odpowiadać musi pozycji kupującego. Dobra konsumpcyjne uporządkować można zatem wedle pewnych systemów. Dobra jednego typu, np. samochody, choć wszystkimi udaje się nam przemieszczać z miejsca na miejsce z grubsza podobnie, układają się zgodnie z drabiną hierarchiczną obowiązującą w społeczeństwie.

Istnieje zatem cały system samochodów, wedle którego możemy orientować się co do pozycji właściciela danego egzemplarza. Samochód pod tytułem Chevrolet (dawniej Daewoo) nie jest jak powszechnie wiadomo tym samym, co samochód wyprodukowany przez Audi. Systemom samochodów odpowiadają podobnie skonstruowane systemy ubrań czy systemy zegarków. Należy zatem dobierać dobra symboliczne pochodzące z analogicznej pozycji w swoich własnych systemach. I tak, do Volkswagena Touarega pasuje – powiedzmy – Tissot, a do najmniejszego Chevroleta – powiedzmy – Q&Q kupiony na ryneczku. Można się zastanowić, co o właścicielu Chevroleta mówi złoty Rolex na przegubie. Podobnie: co o właścicielce klasycznej torby Louisa Vuittona (tej brązowej z symbolami) mówi fakt zasiadania przez nią w wagonie Regio. Zapewne i Rolexa, i Vuittona zakupiono u plażowego sprzedawcy na wycieczce do Egiptu. Zapewne też właściciel Rolexa i posiadaczka Vuittona nie zdają sobie sprawy, że rozparcelowane pakiety statusowe działają na ich niekorzyść. Polacy szybko bowiem uczą się „pakietologii” i obśmiewają „niepakietologicznych”.

*  *  *

Przy okazji przepraszam za długą nieobecność w blogosferze. Ciąg przedwiosennych wyjazdów konferencyjnych przeplatanych jakimś paskudnym, przedwiosennym choróbskiem, skutecznie wyłączył mnie z pisania. Dobre to, że z konferencji poprzywoziłem świeże uwagi i noty na temat m.in. młodego pokolenia, czytania/nieczytania i nierówności społecznej, którymi wkrótce spróbuję się z Państwem podzielić. Na pewno pojawi się jeszcze nota o Polakach w samochodzie. Poczekam tylko na słońce i cieplejsze powietrze, które rozmiękczą polskie drogi.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 43

Dodaj komentarz »
  1. Mam nadzieję , że powrót do zdrowia spowoduje przypływ nie tylko sił fizycznych ale i umysłowych . Dawno już nie czytałam tak banalnych i stereotypowych konkluzji. Stereotyp zabija . Proszę być ostrożnym i rozszerzyć swoje horyzonty myślowe , a może zacząć przyglądać się rowerzystom, w końcu przyszła wiosna ?
    P.S. Zadanie domowe : jestem właścicielką chevroleta i audi , czy jestem kosmitką ?

  2. Cieszę się z nowej notki na blogu. Jak zwykle trafne spostrzeżenia, a temat samochodów to temat rzeka w naszym kraju. Mam nadzieję, że w następnych wpisach będzie Pan poruszał problem nierówności społecznej, który w naszym dojrzewającym społeczeństwie jest bardzo widoczny,
    Pozdrawiam!

  3. Coś mi się wydaje, że czytelnicy POLITYKI nie bardzo interesują się automobilizmem i związanym z nim posiadaniem samochodu. Zmora spędzania czasu w korkach dotyczy wciąż tylko mniejszości posiadaczy automobilu i to tych, którzy mieszkają w mieście i na jego obrzeżach, a tych jest mniejszość, tak przynajmniej wynika z ostatniego spisu powszechnego. Ci którzy świadomie wybyli z miast na ich na wieś, zaczynają rozumieć, że sielski życie tam, niesie koszta, o których nie myśleli podejmując taką decyzję. Jednak przeważająca większość nie ma takiego wyboru, do pracy musi dojechać z miejsca wiekowego zamieszkania, a na sensowną komunikację liczyć po prostu nie może, bo po pierwsze ona się w ostatnich latach zwinęła, a po drugie w Polsce już tak jest, większość mieszka na wsi i w małych miasteczkach, a tam pracy nie ma.
    No, trochę idę nie w tą stronę, w końcu gospodarz w swoim wpisie chce ponabijać się z polskich zwyczajów przypisywania poziomu życia do marki samochodu. Jest w tym trochę racji, wystarczy skonfrontować wygląd wysiadającego kierowcy z bryki o znanym prestiżu i cenie. To nic, że fura jest pięknie wypolerowanych gruchotem, który jest obciążeniem ponad możliwości finansowe właściciela, ale kto będzie tego dochodził. Czasem tylko na stacji benzynowej można się o tym przekonać, gdy podjedziemy pod dystrybutor za beemką, która tankowała za 20 zetów. Taka beema kosztuje czasami mniej niż remont uzębienia posiadacza, więc trudno mu się dziwić, nie do każdego będzie szczerzył uśmiech nr. 7, a samochód zauważą wszyscy.
    Polacy chcą odreagować dziesięciolecia upokorzeń bez samochodu i wiele poświęcą dla jego posiadania. Nie stać ich na nowy pojazd (Niemcy kupują w miesiąc tyle nówek, co u nas za cały rok, choć nie jesteśmy biedniejsi od nich aż 10x), więc kupują wymuskane gruchoty sprowadzone zza granicy i to wcale nie te, które są tanie w utrzymaniu, koniecznie muszą nabyć „porządną” furę.
    Teraz o mnie. Sam mam samochód od trzydziestu lat (oczywiści któryś już z kolei) i co następy to, mniej mnie drażnią jego wady zewnętrzne (zarysowania, wgniecenia itp), już się z tym oswoiłem, mam to gdzieś. Zeszło mi trochę czasu na to, nie? Reszcie też przejdzie z czasem, ale czy będą chcieli przemieszczać się rowerem lub autobusem ? To dość skomplikowana odpowiedź i długa, więc kończę i pozdrawiam autora.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. no tak bo ztm to po prostu mega wypas
    w zimie jak w kostnicy, w lato jak w saunie,
    przygrywa na harmonii cygan a siostra zbiera na tace,
    w tyle siedzi pachnacy bezdomny, a nad glowa wisi babcia ktorej jak sie ustepuje miejsca to wysiada na nastepnym przystanku,
    wszystko to w zawrotnym tempie 10km przez 1,5h za jedyne 3,60 złych polskich w jedna strone

  6. To wszystko prawda. Wypucowane żelastwo jest najważniejsze dla przeciętnego Polaka. Smutne jest to, że wystarczy się przejść chodnikiem wzdłuż jakiejkolwiek trasy i widać tony śmieci zalegające na poboczu. Bo Polak nie skala swej żelaznej dumy papierkiem czy niedopałkiem, wystarczy przecież otworzyć okno i problem z głowy. Auto jest też lekiem na kompleksy. Im lepsza fura, tym większa duma. Niestety działa to dwustronnie. Ludziom imponuje czyjeś dobre, wypucowane auto. Nie imponuje wiedza, skromność czy przewyciężanie trudności. Nie dziwi taka postawa u nastolatków, ale przerażające jest to, że wśród dojrzałych osób jest ona również powszechna.

  7. Szczerze mówiąc, to nie widzę za bardzo tych ziejących pustką super szybkich i wygodnych autobusów, tramwajów, kolejek itp. komunikacji miejskiej i podmiejskiej, gdy tymczasem wszyscy wokół dla odczucia perwersyjnej radości gnają swoimi samochodami. Tak pewnie bywa, ale większość jeździ tak jak może i mieszka tam, gdzie może. Autor blogu sam pisze o drobnym drobiazgu – infrastrukturze, a tej za bardzo nie ma. Wizja tych wspaniałych autobusów itp., to niestety mit. A na rowerze ciężko pojechać np. z 2 małych dzieci, żeby je odwieźć do szkoły/przedszkola/…, a do pracy potem np. 30km wąskimi drogami bez żadnych ścieżek rowerowych itp. (dotyczy to nie tylko dalekich przedmieść). Zacznijmy najpierw od tej infrastruktury, a potem twórzmy ideologię wsiochów od Chevroletów.

  8. @jogi
    Nie wiem, czemu masz pretensje, jest:
    – tanio (nie przejedziesz samochodem 10km za 3.60)
    – kulturalnie (darmowa muzyka)
    – można podrasować swoje kompetencje społeczne (interakcja z osobami starszymi, kontakt z wykluczonymi)
    – kontakt z naturą (a nawet naturą wzmocnioną, np. w lecie w autobusie jest goręcej niż na zewnątrz)
    – no i można sobie pooglądać miasto, względnie pooglądać się za dziewczynami/chłopakami

  9. Sznowny Autor napisal swietny tekst, szczegolnie zauwazajac system „konstelacji”, czy „pakietow” – jak je nazywa. W wielu krajach system ten juz nie dziala.

    Wg. mnie dla miast nie ma innego rozwiazania, jak sprawny, publiczny system komunikacji. Sam czesto z niego korzystam, bo jest po prostu szybszy i bardziej sprawny niz samochod. Bedac w Polsce tez mi sie podobalo, jak sprawnie to zorganizowano. Moze jestem wyjatkiem albo mialem szczescie. Rower nie jest rozwiazaniem (choc tez uzywam), ale niedostepny dla osob starszych, cierpiacych na roznego rodzaje przypadlosci.

    Sleper tez ma racje, ze Polacy chca „odreagowac” i dlatego marka samochodu jest tak wazna. To szybko minie, ale poki co, to symbol statusu.

  10. Problem jest ciekawy i złożony.
    Jestem użytkownikiem samochodu stosunkowo od niedawna. Jestem, ale i tak poruszam się w większości pieszo i bardzo sobie chwalę. Zawsze mieszkałem w takim miejscu, że do ważnych la mnie punktów (uczelnia, centrum – miasta, nie handlowe – później praca) miałem najwyżej pół godzinki spacerkiem. W związku z tym nie byłem też regularnym pasażerem środków komunikacji miejskiej.
    Posiadanie samochodu czasem ułatwia życie. Wiadomo – większe zakupy, sprawne przemieszczanie się, gdy jest taka potrzeba, o wyjazdach w dalsze trasy nie wspominając. czasem też, jednak utrudnia. Samochód się psuje, wymaga inwestycji: od napraw, poprzez wymiany i uzupełniania płynów po przeglądy i ubezpieczenia. Dobrze mi się żyło bez tych atrakcji, ale teraz, jednak, z auta bym nie zrezygnował.
    Inną kwestią jest podejście Polaków do samochodów. Oznaka statusu? Pewnie tak. A dbałość o auta? Nie wiem, czy jest przesadzona. Ja jeżdżę obitym i obtartym samochodem. Trochę mnie to irytuje. Nabożnego stosunku do niego nie mam, ale to mnie trochę uwiera ze względów estetycznych. Poza tym – i tu ważna sprawa – pewnie będę chciał ten samochód kiedyś sprzedać. Pewnie po to, żeby kupić nowy (choć raczej używany). Nie po to, by podkreślić wyższy status, tylko po to, by zmniejszyć liczbę problemów generowanych przez mój samochód. Wiadomo – nowszy i lepszy rzadziej się psuje i wymaga mniejszych nakładów. Łatwiej sprzedać auto, które dobrze wygląda.
    Jesteśmy narodem, który ciągle musie jeszcze żyć oszczędnie. Liczyć się z kosztami, kombinować, żeby było ekonomiczniej. To też należy wziąć pod uwagę, oceniając relacje Polak – samochód Polaka.

  11. Też jestem właścicielem samochodu od stosunkowo niedawna. I też poruszam się raczej pieszo, bądź pociągiem (ale nie komunikacją miejską… brr…), budząc zresztą zdziwienie — bo jakże można twierdzić, że pociągiem taniej i ze zdrowym ruchem, skoro nieco dłużej (nawet uwzględniając korki).
    Ale zgadzam się, że samochód w powszechnym odczuciu jest symbolem statusu i nowoczesności, co się objawia choćby miejscem dróg (i formą inwestycji) na poziomie budżetów gmin, w porównaniu nie tylko do lekceważonych ścieżek rowerowych, ale i komunikacji publicznej.

  12. Nie mieszkam w Polsce od lat, ale tam bywam samochodem i też mam swoje spostrzeżenia, ale mniej dotyczące strony estetycznej czy prestiżowej. Bardziej rzuca się w oczy traktowanie pojazdu jako narzędzia podkreślającego odwagę i umiejętności „jeździeckie” kierowcy, zwłaszcza wobec prawidłowo, a więc nie za szybko jeżdżących zagranicznych „frajerów”. Kiedy na drodze z dopuszczalną prędkością 90 kmh poruszam się z 95 kmh, nie wyprzedzają mnie tylko traktory i kombajny 😉 Często na trzeciego, po dziurach i koleinach, gołoledzi i błocie, z ułańską lub straceńczą fantazją gnają przed siebie mercedesy i maluchy, audi, skody i daewoo czy inne chevrolety… Niektórych doganiam potem zatrzymanych na drzewie lub dachujących w szczerym polu 🙄
    Wśród polskiej rodziny i przyjaciół nie dostrzegam fetyszystów samochodowych, ale większość jeździ za szybko i za nerwowo. Po Polsce. Za granicą zaś – prawidłowo i kulturalnie. Taki fenomen 😉

  13. Nie zgadzam się z artykułem, bo wiele generalizuje i narzuca stereotypy. Mieszkam w aglomeracji i do pracy samochodem w opcji drzwi-drzwi mam 20 minut, komunikacją miejską 60. Wracając z pracy muszę odebrać małe dzieci, w tym jedno, które nie dostało się do pobliskiego przedszkola, z innej dzielnicy. Samochodem ta trasa zajmuje mi około 40 minut, komunikacją miejską 90 minut. W której opcji spędzam więcej czasu z rodziną? Samochód mam stosunkowo tani, z założenia ma jeździć, mało palić i nie być awaryjny, bo na awaryjność czasu nie mam. Komunikacją miejską ledwo daję radę odebrać dzieci ze świetlicy przed jej zamknięciem, a zostanie nawet 15 minut po godzinach nie wchodzi w grę. Wybór w moim przypadku jest prosty, przynajmniej do czasu, kiedy dzieci będą na tyle samodzielne, żeby same wracać ze szkoły.

  14. Polacy przywiazuja wielka wage do wystroju mieszkania, ubioru, wygladu posiadanych ‚smieci przemyslowych”, a wiec i auta. Czy w wielu jezykach sa idiomy odpowiadajace naszej „wypasionej furze” ? Czy w wielu krajach zachodnich podaje sie jakim samochodem przyjechal gdzies jakis celebryta?
    Szef mojego syna zarabiajacy, jako prawnik, kilkaset tys. dolarow rocznie przyjechal na coroczne spotkanie z okazji Swiat ( rzecz dzieje sie nie w Polsce) wielce starym i w b. dobrym stanie samochodem BMW. Z duma powiedzial, ze tym samochodem odbieral po urodzeniu zone z corka ze szpitala. Corka ma na oko 25 lat.

  15. W USA w niektórych kręgach zadaje się szyku samochodem europejskim, choćby VW Rabbitem 😉
    Range rover, mercedes, volvo – może być stare, wtedy jest nawet bardziej stylowe i sugeruje „starą rodzinę ze statusem” 😉
    W niemieckim nie ma praktycznie określeń w stylu „wypasiona fura”, za to pełno jest lekceważących, żartobliwych, czasem podkreślających kształt karoserii lub osiąganą prędkość (Blechbuechse, Karre, Flitzer, Schlitten, Kutsche, Karosse, Schuessel, Flunder, fahrbarer Untersatz etc. ) Amerykańska limuzyna to Amischlitten 😉

  16. E tam. Wszedzie na swiecie ludzie zadaja sobie szyku samochodami.
    Nie wyobrazam sobie zycia bez samochodu, bo tempo zycia nie jest na spacery. Skoro moge gdzies dostac sie w 5 minut to nie bede tam szla spacerkiem 30 min, bo takich miejsc do obskoczenia mam kilka codziennie. Sklep spozywczy to u mnie minuta rowerem, ale zakupy waza normalnie 3-4 kilo, czasami to z dziesiec, kilka siat, zgrzewka papieru toaletowego, chusteczek higienicznych itp. itd. W dodatki deszcz czy silny wiart eliminuja zapedy „eko”.
    Bez samochodu sobie moga zyc bogaci rentierzy, ktorzy nie musza nigdzie codziennie dojezdzac i ktorych stac na sluzbe w domu.
    Ciekawa jestem jak ci ludzie w deczowej Kopenhadze robia zakupy na rowerach i jada do pracy w garsonkach. Nie uwierze dopoki nie zobacze.
    Ciekawe co przesmiewcy mowia jak ktos w dobrym samochodzie nie ma zegarka o torebke „niemarkowa”? Do obsmiania czy juz zadowoleni? Obsmiewaja ci, co nie maja wlasnych zainteresowan i sami sie wlasnym statutem przejmuja.
    A Pan nie na tym poziomie zeby smarowac przesmiewcze posty na poziomie frustratow z forum Onetu.
    Wiekszy problem od niepoprawnego „pakietowania” zegarkow z samochodami to wiochmenskie zachowanie na drogach. Jak sie wjezdza do Polski to jak do cyrku czy ZOO. Malpy za kierownicami. Podzielam spostrzezenia Zyta2003.

  17. mit allem Drum und Dran
    fully loaded

  18. „zasady 40:40:20. Niezależnie od miejsca na świecie”
    Śmiem wątpić. Europejskie miasta zbudowane zostały przed wynalezieniem samochodu a więc w skali ludzkiej. Końskiej? Jak ktoś chciałby się uprzeć to może i da się stosować te 40/40/20. Ale już w takim USA miasta w większości powstawały równolegle z upowszechnianiem się samochodu i od samego początku mały w swój genotyp wpisane dystanse samochodowe a nie ludzkie. Albo rowerowe. W niektórych miastach w USA i wniektórych okolicach tych wybranych aglomeracji można próbować, ale nie jestem pewien poprawności tej liczbowej proporcji.

    „rozbudowana sieć ścieżek rowerowych”
    1/ Nie widziałem w Polsce ścieżki rowerowej z prawdziwego zdarzenia. Tzn. z profilowanymi podjazdami (w miejscu wycięcia w krawężniku) wyłożonymi przecipoślizgową matą/wykładziną, bezkolizyjną z większością ruchu pieszego i bezwzględnie bezkolizyjną z ruchem samochodowym. Ktoś może podać lokację specjalnie wybudowanych w Polsce mostu/kładki/wiaduktu/estakady oraz tunelu zbudowanych TYLKO DLA ROWERÓW?
    2/ Kultura jazdy OBU STRON tego równania, czyli rowerzystów i samochodziarzy. Kiedy wprowadzone będą SŁONE mandaty dla rowerzystów? Kiedy widok pieszego zacznie wywoływać u kierowcy reakcję typu: „Muszę zatrzymać się w odległości minimum 10 metrów w sposób super-kulturalny gdyż właśnie Moje Najważniejsze Bóstwo raczyło zstapić na ziemię i mi sie okazać.” A widok rowerzysty: „muszę podczas wymijania zostawić rowerzyście minimum 2 metry odstępu i nigdy, przenigdy nie zajeżdzać mu drogi, wyprzedzając go, wyhamowywując ostro i skręcając mu tuż przed nosem w prawo.” Oraz: „Obym nigdy w życiu nie okazał się debilem za kierownicą i próbował wychodzić z samochodu otwierając drzwi bez upewnienia się, że nie jedzie żaden rowerzysta.”

    „rower to nie są zasoby, którymi można błysnąć przed sąsiadami, dalszą rodziną i znajomymi z pracy.”
    Gospodarz zamawiał kiedyś sobie rower na miarę? Zaczyna się to od wizyty w LBS, gdzie po starannym dobraniu idealnych proporcji wymarzonego roweru (siedząc na rowerze o regulowanej długości wszystkich elementów) oraz po spisaniu wywiadu na temat upodobań i doświadczeń rowerzysty oraz po jeździe próbnej na kilku modelach tego, co LBS ma „na składzie” zamawiamy rower aby sobie troszeczkę na niego poczekać. Zapewniam, że ceny są bardzo porównywalne z cenami średniej klasy, kilkuletniego samochodu. Same elementy ozdobne jak okucia/złączki na styku elementów ramy czy artystyczne malowanie to może być parę tysięcy zielonych. A jak jeszcze zażyczymy sobie elektryczne przerzutki…
    Błyszczenie zależy nie tylko od błyskotki ale też od lusterka (posiadanych znajomych), panie Gospodarzu.

    „Czasem można odnieść wrażenie, że samochód jest najpotrzebniejszym gadżetem w kraju nad Wisłą i głównym nie-ludzkim aktorem społecznym, daleko ważniejszym od ludzi, którzy nim jeżdżą.”
    Jeśli to prawda, to mamy jedną z przyczyn, dla których Polacy tak łatwo asymilują się w USA 😉

  19. Najdroższe dwukołowe fury świata 😉
    Osobiście pokonuję rowerem ca 2 000 km rocznie.

  20. Pewnego dnia,spotkałam byłą koleżankę z pracy, której mąż awansował na komendanta policji. Oczywiście koleżanka też awansowała ,,przy mężu,,.Zaskoczyła mnie pytaniem,,,czy zmieniliśmy samochód?,, W tym czasie mój syn był na || roku studiów doktoranckich,ale o to nie zapytała. Zgadzam się z Panem Profesorem. W dalszym ciągu nowy samochód dobrej klasy jest dobrem uważanym za luksus, chociaż o statusie decyduje coraz częściej styl życia.

  21. Jak mi ktoś zapewni że nikt nie ukradnie mi roweru zostawianego w publicznych miejscach to z 20 % czasu na rowerze zmienię na 80 % czasu na rowerze !!!!!! No ????

  22. Po pobycie w malutkim pensjonacie w jednej z dzikich zatoczek na chorwackiej wyspie Hvar chcieliśmy zostawić właścicielowi (trafiliśmy tam za pośrednictwem jego znajomego i nie wiedział nawet jak się nazywamy) nasz adres, aby wiedział, o kogo chodzi, gdy zadzwonimy w następnym sezonie.
    – Nie trzeba. Wystarczy, jak powiecie, że ci z czarnym jeepem 😎

  23. Mam auto, popularnego hatchbacka z środka stawki, ale co mnie w polskim samochodziarswie frapuje to postawa ludzi: narzeka taki, że paliwo drogie, mandat mu dali za parkowanie, mechanik z niego zdarł, ale jeździ dalej autem i parkuje na zakazie, mimo że ma miejsce na parkingu, tylko że kawałek dalej. Jakby żałosne.
    Ja zdecydowałem się kupić auto, kiedy o mało co nie zostaliśmy na stacji z małym dzieckiem, bo pociąg był zatłoczony. Ale jeżdżę nim do sklepu i czasem w trasę. Do pracy zazwyczaj rowerem. Kiedyś udało mi się kolegów zaszokować, kiedy podałem cenę kupowanej przez internet
    piasty, którą kurier przywiózł mi do roboty. Jakbym mieszkał 20km pod miastem to nie miałbym wyjścia, musiałbym jeździć autem, nie miał kiedy na rowerze jeździć, i miał minimum jeden bak paliwa mniej w portfelu miesięcznie. W planowaniu jest pies pogrzebany. Czasowo wyglada to tak, ze samochodem udaje mi się zbliżyć do czasu rowerowego, jeżeli zawrócę na zakazie, jeżeli jadę prawidłowo to wpadam w dwa światła i kilka minut więcej.

    @kesim
    mój rower wygląda tak, że „idź stąd”, pomimo zamontowanych w nim drogich gadżetów, jak wspomniana piasta. Kilka razy zostawiłem go przed sklepem bez zapięcia. Nikt go nie wziął.

  24. Markot, chcialez powiedziec, ze masz czarnego dzipa, albo ze jest malo czarnych dzipow na wyspie Hvar?

  25. Chciałem powiedzieć, że na Hvarze definiuje się ludzi poprzez markę posiadanego pojazdu 😉 Gospodarz pensjonatu pewnie tak sobie zapamiętuje swoich klientów, bo to łatwiej niż obce nazwiska, zwłaszcza jeśli marka jest niezbyt rozpowszechniona.
    Nie wiem wprawdzie, co rozumiesz pod pojęciem „dzip”, ale „jeep” to jest marka samochodu. Jak nazywasz audi lub mercedesy?
    Chyba że dżipem nazywasz zbiorczo samochody terenowe tak jak elektroluksem wszelkie odkurzacze 🙂
    Wesołych Świąt!

  26. Będzie powódź jak nic i to wrychle! Od takiego wodolejstwa… To jest sztuka – stworzyć felieton o niczym!

  27. Nb. „przeciętny Polak” to taki sam „myślotwór beznadziejny” co „słoneczna noc” czy „sędziwa dziewczynka”. Kłania się właściciel Chevroleta Sparka, który swoim autem po prostu jeździ.

  28. ? 9 kwietnia o godz. 10:25
    @? kpi z samej próby ogólniejszych, czyli statystycznych opisów dużych grup społecznych przez Gospodarza. I sam, nawet nie wiedząc o tym, dostarcza dowód świetnie potwierdzający tezę Autora.

    Otóż faktem jest, że „przeciętny Polak” właśnie tak jak @? opisze swój samochód jako „Chevrolet Spark”. I uzna to za wystarczające będąc przekonanym, że jego rozmówca będzie wiedział o jaki samochód chodzi.
    Amerykaninowi nawet przez myśl nie przejdzie bycie aż tak nieprecyzyjnym.
    Amerykanin, a konkretnie amerykańska sekretarka plotkująca ze swoją koleżanką zakładową pielegniarką, opisując swój samochód powie: „2007 Honda Accord SE”. To jest najmniejsza ilość informacji, poniżej której każdy wie, że nie można zejść gdyż byłoby to równoważne z powiedzeniem, iż jeździmy samochodem, co nic do rozmowy nie wnosi, bo przecież wiadomo, że nie balonem.

    Eskimosi mają podobno ileśtam słów na opisanie koloru śniegu. Dla „przeciętnego Polaka”, właśnie takiego jak @?, śnieg jest biały albo brudny. I to wszystko. Być może @? będzie miał trudności z przyswojeniem tej informacji, ale tak jak „przeciętnemu Polakowi” (a z powyższych wpisów wynika, iż także przeciętnemu gospodarzowi z wyspy Hvar, wystarczą jedno czy dwa słowa na opisanie samochodu. Murzyni w Arktyce mówiący o śniegu.

    Ile firm w Polsce organizuje zakładowe pikniki na parkingu przed firmą, gdzie pracownicy w danym dniu chwalą się swoimi autkami – hobbystycznymi projektami? Nie tymi, którymi na codzień dojeżdżają do roboty ale tymi, które pucują i przy których grzebią w weekendy?
    Pracownicy głosują na najładniejszy samochód w danej kategorii i zwycięzca dostaje w nagrodę koszulkę firmową i przywilej parkowania przez tydzień tuż przy wejściu do budynku firmy.
    A zwycięzcami są samochody takie jak Ford Model T z 1924 roku, oczywiście na chodzie i w świetnym stanie.

  29. Pan Zza K. zaś dostarczył świetnego dowodu że zamieszkanie w USA nie czyni automatycznie nikogo mądrym. W tym przypadku jest to widoczne jak na dłoni.
    Właśnie dlatego nie wymieniłem typu, numeru silnika i przebiegu mojej „kary” bo nie przywiązuję do tego wagi. Dla mnie auto to po prostu nowocześniejsza wersja furmanki czy „kunia”, a więc środek transportu którego się używa ale o którym nie trzeba mówić, tak jak na ogół nie mówi się o typie sedesu zamontowanego w domu. A marka akurat jest rzeczą drugorzędną, bo chodziło o to aby wóz był mały i dał upchnąć się w mieście – i to jest jedyna cecha która się liczyła. No ale skoro dla Pana Zza K. liczą się numerki i filozofowanie, to szeczęść God.

  30. Założę się, że „?” nie mieszka na stałe w Polsce 😎 Ani w Ameryce;)

  31. cóż robić – komunikacja z miejsca gdzie działam „zawodowo”, a do miejsca gdzie żyję, jest żadna. 70 km od ostatniego połączenia z Lublinem, gdzie na co dzień mieszkam.

    Jeżdżę obtłuczonym miejskim autkiem z instalacją LPG, gdy to przestanie działać, przesiądę się na kolejne – podobne.

    Po Lublinie nie jeżdżę samochodem zupełnie, choć jestem w stanie zrozumieć sfrustrowanych użytkowników niesprawnej, przepełnionej – i coraz droższej, komunikacji miejskiej.
    Miłego bicia bambusem o ściany – bo tyle ta dyskusja wnosi.

  32. Dowiedziałem się dzisiaj, że w USA nawet w stanach czy w miastach „przyjaznych” imigrantom policja wymyśliła sposób wyłapywania nielegalnych imigrantów. Są stany i miasta gdzie policja ma prawo zatrzymać samochód do kontroli pod jakimkolwiek pretekstem i w czasie tej kontroli zwracać uwagę także na status imigracyjny kierowcy oraz pasażerów. A są takie rejony, gdzie nie ma. Aby zostać zatrzymnanym trzeba popełnić wykroczenie drogowe albo inne przestępstwo. Nielegalny nalepia sobie z tyłu auta nalepkę „Proud to be Polish”, jeździ na polskim prawie jazdy, bez ubezpieczenia i śmieje się z policji imigracyjnej.
    I właśnie w takim „przyjaznym” Illinois policja wpadła na pomysł, żeby wydać prawo zakazujące wieszania jakichkolwiek „dyndadełek” na przedniej szybie czy na lusterku. Podobno aby nie ograniczały widoczności.

    Teraz łapią kierowców na dyndające z lusterka wstecznego różańce.

    Nieproporcjonalnie dużo latynosów oraz Polaków łapie się w tą różańcową sieć, a wśród nich całkiem sporo nielegalnych. Czy w Polsce wolno mieć różaniec dyndający przed nosem?

  33. Powiem szczerze, że pierwszy artykuł zapowiadał całkiem ciekawą lekturę. Jednak jak widać „każdemu się zdarza wdepnąć w prawidłowość” :). Zachęcam autora do napisania czegoś będącego w stanie wywołać jakąś ciekawą dyskusję. Może coś nieco bardziej odkrywczego.

  34. Czyli kupujemy niepotrzebne rzeczy, za pieniądze, których nie posiadamy, żeby zaimponować ludziom, których nie lubimy?

  35. Witam,
    nie znam Pana bloga ani Pana poglądów (ogólnie). linka do tego artka przesłał mi kolega. ALe pozwolę sobie zamieścić tutaj swój komentarz, bo dotyczy on mnie (takich jak ja).
    Otóż, Panie Tomaszu! Być może co do ogółu ma Pan rację, być może faktycznie gross ludzi tak właśnie mysli i postępuje. JEDNAK popełnia Pan karygodny (w moim odczuciu) błąd uogólnienia POMIJAJĄC PASJONATÓW!!!
    Jestem obsesynie pedantyczny w odniesieniu do mojego samochodu (nic szczególnego, 13-letnie Audi S6). Ponieważ znakomitą część roku na codzień jeżdżę motorem (inna moja pasja) auto stoi przed domem. Najchętniej schowałbym je w garażu, ale że takiego – to stoi pod chmurką przed domem. Auto ma perfekcyjnie zadbany lakier (polrowany w specjalistycznym zakładzie renowacyjnym) i główne przebiegi ma na myjnię – czasem kilka razy w tygodniu pomimo że nie jeżdże nim wcale w tym czasie! Rano i wieczorem usuwam z niego kurz specjalną szczotką z parafinowanym włosiem. To auto to moje oczko w głowie (podobnie jak poprzednie, i jeszcze poprzednie). I NIE robię tego na pokaz dla innych – jak mówię – najchętniej schowałbym je w garażu, a moim marzeniem jest mieć garaż z przeszkloną ścianą do salonu. To auto cieszy mnie! Daje mi niesamowicie wiele frajdy z jazdy (wcale nie wariackiej – już pręcej mogłaby być określana mianem kapeluszniczej!). I (być może „niestety”) należę do tych ludzi, którzy nie przesiądą się do komunikacji miejskiej nie dlatego że jest niewystarczająco dobrze rozwinięta, ale dlatego że jazda (czy to samochodem czy motorem) jest dla mnie czystą przyjemnością! I nawet korki nie są w stanie mi jej odebrać… całkowicie.

    z uszanowaniem
    Marek Stawicki

  36. @ zza kałuży 12 kwietnia o godz. 0:53

    Dowiedzial sie Szanowny Pan, ale nie do konca. Policja w Ameryce nie ma zadnych uprawnien, aby zatrzymac kogokolwiek za to, ze jest tu nielegalnie. Na podstawie indywidualnych umow i programow, natomiast ma obowiazek zawiadamiania sluzby imigracyjnej (ICE) o przypadku podejrzenia o nielegalny pobyt kogos za jakies inne wykroczenie. Coraz wiecej wydzialow policji chce sie jednak z tego wycofac, bo okazuje sie, ze „nielegalni”, nawet ofiary przestepstw unikaja kontaktow z policja i po prostu nie zglaszaja przestepstw, a to z kolei wplywa na ogolny poziom bezpieczenstwa obywateli.

    Wiec, owszem, sa takie stany, jak Arizona, ktore sa zdecydowanie nastawione antyimigracyjnie, ale placa za to slona cene. Brak pracownikow do tych najczarnieszych robot i … bojkot. Jakby nie bylo, te 11, czy 12 milionow Meksykanow (legalnych, czy nie) maja cos do powiedzenia.

    A nielegalnych Polakow coraz mniej – nie oplaca sie juz przyjezdzac do Ameryki „na zarobek”. Place porownywalne z Europa i stamtad blizej do domu. Legalnie, z ubezpieczeniem – co w Ameryce jest niemozliwe.

    Pozdrawiam.

  37. Najduch 15 kwietnia o godz. 3:54
    Wszystkich, których kiedykolwiek uczyłem, zawsze prosiłem o powtórzenie swoimi słowami tego, co przed chwilą usłyszeli. Dla wiekszości ludzi własny głos jest bardziej przekonujący. Cieszę się, że pan to uczynił, gdyż teraz obaj wiemy to samo.

    A teraz pozostaje jeszcze tylko odpowiedzieć na moje pytanie o legalność dyndadełek w Polsce.

  38. Zacytuję ciekawy komentarz (wpis) użytkownika „staxoo” z.. forum onetu: 😉

    Kupiłem ostatnio 7-letnie BMW E46 330d, znajomy sprowadził mi z niemiec. Wcześniej jeździłem Nissanem Maximą z 1998r., sam sobie go sprowadziłem, pełne wyposażenie, V6 200KM i skrzynia manualna itp. (genialne auto, polecam), więc przesiadka na bmw nie zrobiła na mnie jakiegoś mega dużego wrażenia (pewnie inaczej byłoby, gdybym przesiadał się z Sunny 1.4 albo innego z klasy niższej-średniej), no ale, jakąś tam różnicę czuję, przede wszystkim to mocny diesel, wcześniej miałem benzynę. Tak czy inaczej, na stacji benzynowej zaczepił mnie jakiś młodzian „oooo spoko beta, wpadnij na mini zlot, robimy go za miastem”. OK, powiedziałem, że przyjadę, gość podał mi namiary. Nie chciałem brać żony, bo nie wiedziałem z jakimi ludźmi będę miał tam do czynienia.

    No więc podjeżdżam, widzę z 12 samochodów, wysiadam, ide w kierunku grupy, leci jakiś hiphop, panienki popijają browary… i nagle… wszystkie rozmowy milkną, ściszają muzykę… ludzie gapią się na mnie jak na idiotę, przyznam, że byłem nieco zakłopotany, po kilkunastu sekundach podchodzi do mnie jakiś krótko ostrzyżony młodzian który gdzieś tam stał sam z boku i mówi, że nie mam UNIFORMU. Zgłupiałem, bo nie wiedziałem o co mu chodzi. Kazał mi spojrzeć na reszte ludzi, jedyne co zauważyłem to, że są dresach. Jak się okazało, o to mu chodziło. Ale on nie mógł stać z nimi, ponieważ jego dres był nieoryginalny, więc postawili go w kącie, skąd mógł tylko patrzeć na resztę samochodów i słuchać rozmów. Dosłownie szczęka mi opadała, myślę sobie, nie no, przecież to jakaś farsa, goście sobie ze mnie i z niego jaja robią… choć w sumie ja tam nigdy na żadnym zlocie nie byłem, nie wiem jak to wygląda od strony organizacyjnej. Ale mówię sobie: podejdę do tych gości i spytam czy sobie ze mnie jaja robią… choć z drugiej strony widać było, że połowa z nich ma karnet na siłownie chyba od 10 roku życia, karki grube jak talia mojej żony, masakra.

    No ale podchodzę i nieśmiało pytam czy to jakiś żart z tymi dresami, a tu gość jak mnie zaczął mierzyć wzrokiem, to myślałem, że zaraz mnie zabije gołymi pięściami. Ale zaczął na spokojnie, powiedział, że tak to jest, że każdy właściciel bmw musi się godnie reprezentować i podkreślać przynależność do elity czy coś w tym stylu. Zaciekawiło mnie to, więc spytałem czy tak jest również na zlotach innych samochodów, no i nie uwierzycie, ale koleś powiedział, że tak właśnie jest. Na zlotach Skody podobno przywożą martwe kury, a później pieką je nad ogniskiem. Na zlotach Hondy każdy przywozi kawałek plastiku i topią je nad ogniskiem śpiewając japońskie kolędy. Na zlotach VW przywożą widły z ogrodu i robią turnieje… jak to się nazywało… Masters of VWidły czy jakoś tak. Wtem gość spytał, czy wiem, co przywożą na zloty Alfa Romeo, w sumie gdzieś tam wyczytałem, że te samochody się psują, więc chciałem zażartować i odpowiedziałem, że lawetę przywożą, no ale jakoś nikt się nie śmiał, za to gość powiedział mi, że na zlotach Alfy właściciele przywożą… Rumunów. Podobno Alfa… Rumuno, tak to się kojarzy, więc rumunów przywożą, niby młode dziewczynki. Kurde, ciary mi przeszły. Zacząłem go wypytywać jak to jest na zlotach reszty marek, ale chłop był już wyraźnie poirytowany moją osobą, w końcu… nie miałem uniformu.

    Gość powiedział, że liczą się tylko oryginalne dresy, bo ten chłopak co stał w kącie, niby miał jakiś ze straganu za 40 zł no i nikt z nim nie chce gadać. A odnośnie tych oryginalnych, to tylko za co najmniej 2000 zł i nie w kolorze białym, bo on jest zarezerwowany dla tych, co wygrali konkurs palenia gumy pod tesco czy biedronką, nie pamiętam. Niebieskie dresy są dla tych, którzy uciekali przed policją. Natomiast w żółtych chodzą tak zwani „organizatorzy”, nie wiem kim „oni” są, ale mam się do jednego z nich zgłosić, ma xywkę Wężu, jak już kupię oryginalny dres za co najmniej 2000 zł, to „Wężu” da mi plakietkę klubową.

    No i więcej się nie dowiedziałem, bo już nikt nie chciał ze mną gadać. No więc mam pytanie:

    LUDZIE!! NIECH MI KTOŚ POWIE, CZY TO PRAWDA, BO NIE MAM ZAMIARU PŁACIĆ 2000 ZŁ ZA DRES, ABY MÓC POGADAĆ Z INNYMI UŻYTKOWNIKAMI BMW!!!
    AHA I CO Z TYMI RUMUŃSKIMI DZIEWCZYNKAMI??!! CZY JA TO MAM ZGŁOSIĆ NA POLICJĘ??!!!”

  39. Przeprowadził Poznań ongiś eksperyment: czy szybciej będzie pokonać tę samą trasę samochodem, rowerem, biegiem czy komunikacją miejską.

    http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36037,10468482,Najszybciej_przez_miasto_autem__Najwolniej___bimba.html

  40. Moje zdanie o samochodach jest identyczne, jednakże nie umiałbym tak tego napisać! Auta używam tylko w sezonie startowym by dojechać na start lub miejsce wypadu w górach. POZDROWER

  41. Gospodarz dorobił się cytowania w NYT.Wczorajszym internetowym.Skuli „pijalni wódki i piwa” .NYT jest zachwycony powrotem po „nocy komunistycznej” do polskiej tradycji.
    Wspomina Szlendaka jako socjologa analizującego to zjawisko.Jakie zjawisko ?
    Putyki czy Mordownie zawsze trwały ,w każdej epoce,na wsi prapolskiej.Amerykańcy saloons tylko już na filmach widują i żal im dupę ściska.

  42. Gen-Ewa pisze:Podziwiam za odwage. Bohater ncazysh czasow to rezyser, dziennikarz, pisarz ktory walczy ze smokiem o tysiacu glow (mafie, lobby, politycy na ich uslugach). To naprawde niebezpieczny zawod bo spoleczenstwo jest bierne i nie mozna liczyc na jego poparcie w razie zagrozenia.Robert Saviano ktory narazil sie mafii i otrzymal jej wyrok musi sie ukrywac i jest praktycznie wiezniem ale caly czas pracuje by opinia publiczna o nim nie zapomniala i bawala mu wsparcie , czyli ochrone ( )- Inny problem o ktorym dramatycznie malo wiedza Polacy:Jesli pewne kraje Europy rezygnuja z energii nuklearnej, licza ze moga ja KUPIC u sasiadow. Szwajcaria np u Francuzow. Ale i innne kraje Europy bardzo zacieraja rece na nasze przyszle dostawy gazu lupkowego.Malo kto zna chyba w Polsce lub bierze na serio film Gasland ktory wplynal na przebudzenie ekologicznej opozycji i wstrzyma juz zaczete projekty i odwierty probne we Francji. Sarkozy nie bedzie narazal swojej popularnosci przed wyborami! Po co? Kiedy Polska bedzie exportowac tanio swoj gaz do krajow osciennyc. Zyski wzbogaca lobby miedzynarodowe ktore wykupia koncesje a Polsce zostana skazone ziemie, zatruty system wod pod- i naziemnych No i jakis ochlap zyskow.Myslimy ze bedziemy niezalezni od Rosji? Naiwnosc.Kto zabroni Rosji by Gazprom wykupil przez postawione firmy strategicznie decydujace partie odwiertow?Strakegia obecnego rzadu krory wie ze sie nie utrzyma nie polega na zabezpieczanu przyszlosci Polsce lecz szybkich zyskow sobie i swoim TERAZ!!!Straty nie do naprawienia!Coz, to WY mieszkacie w tym kraju -walczcie!!!

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php