Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Wszystkożerca - Socjo-pomyślenia Tomasza Szlendaka Wszystkożerca - Socjo-pomyślenia Tomasza Szlendaka Wszystkożerca - Socjo-pomyślenia Tomasza Szlendaka

30.04.2012
poniedziałek

Pierwszomajowy manifest leniwego lwa

30 kwietnia 2012, poniedziałek,

Krótka nota pierwszomajowa o dobroczynnym i zbawiennym lenistwie. Do ewentualnego wzięcia pod uwagę jako rozrywka intelektualna, kiedy będziecie Państwo hen, daleko, grillować nad rzekami, jeziorami i morzem zasłużenie odsapując po wytężonej pracy.

W pierwszy z weekendów długiego weekendu oczywiście byłem w pracy i z mozołem nauczałem studentów, uprzednio jadąc do nich autobusem PKS-u z innymi udającymi się do roboty. Nauczałem socjologicznego funkcjonalizmu, czyli takiej teorii, która każe traktować ludzi jako niewiele znaczące trybiki systemów społecznych.

Systemy społeczne – dowolne i w każdym miejscu na świecie – nie lubią być obalane, nie kochają zmian ni rewolucji, co powoduje, że za wszelką cenę starają się zapobiec antysystemowym myślom pojawiającym się od czasu do czasu w głowach co bardziej krnąbrnych jednostek.

Jedną z głównych funkcji systemu jest usypianie jednostek. Ludzie mają mentalnie przysypiać i nie myśleć nad dogmatami, które są fundamentami systemu. Na przykład naszego systemu. W toku wychowania przyswajamy sobie tutaj nieobalalne prawdy, które sterują naszym zachowaniem: że pieniądz jest dobry i że trzeba go zdobywać, że praca jest dobra i że trzeba harować, a kto nie pracuje ten fajowsko nie konsumuje. Że piąć się trzeba po stromych drabinkach karier i że drugi człowiek to nasz konkurent w konsumowaniu i w pracy. Przebrzydły system nie dopuszcza myśli alternatywnych, ponieważ by się zawalił. A tego nie chce.

Krytycy wdrukowanego w nasze umysły konsumpcyjnego, opartego na przygniatającej konkurencji porządku społeczno-ekonomicznego zauważają, że praca nam wręcz eksplodowała i zajmuje wszystkie dostępne połacie życia. Tydzień robotnika usług zaawansowanych i niezaawansowanych, na przykład robotnika nauki takiego jak ja, wygląda tak: praca, praca, praca, praca, praca, praca, praca i trzy godziny konsumpcji w weekend. Nie mam wolnych popołudni, z ledwością wydłubuję z doby wolne wieczory. Nie mam wolnych weekendów i w ogóle nie mam wolnego czasu. I po co to? Czy gdybym wcisnął przycisk “stop” i pracować przestał, albo pracę solidnie zredukował, to czy stałoby się cokolwiek złego? A co gdybyśmy zrobili tak wszyscy?

Weźmy takiego lwa. Lew – postawmy sprawę klarownie i dobitnie – przez 23 godziny doby po lwiemu się leni. No opierdziela się skubany, pracując pazurami i zębami zaledwie jedną jedyną godzinę. I żyje. Dla takiego lwa, gdyby cudem jakimś uzyskał samoświadomość, idea, żeby wszyscy mieli pracę i wszyscy tej pracy się poświęcali przez większość doby byłaby arcyzabawna. Uznałby nas za istoty dotknięte obłędem. Żeby chwilę pokonsumować życie –  nagrodzić się obiadem w restauracji, chwilą seksu z partnerem czy zabawy z dzieckiem –  najpierw musimy odbębnić swoje w niekończącym się kieracie pracy. W szponach usypiającego nasze umysły systemu pozostają nawet socjaliści, których jednym z haseł głównych wypisywanych na pierwoszomajowych sztandarach jest praca dla każdego.

Jeden z francuskich działaczy ruchu robotniczego, Paul Lafargue, w roku 1883 wpadł na pomysł, że pasja do pracy i bezsensowny przymus produkowania to największe nieszczęścia ludzkości. Jego zdaniem ruch socjalistyczny winien walczyć o prawo do bycia leniwym, a nie o prawo do pracy dla każdej i każdego, nawet pracy najlepiej ubezpieczonej, zabezpieczonej i najfajniejszej pod słońcem.

Odkrycie Lafargue’a ludzie ze społeczności zbieracko-łowieckich, opisywani przez antropologa-marksistę Marshalla Sahlinsa, uznaliby pewnie za oczywistość. Oni to – zdaniem Sahlinsa – żyli do niedawna w pierwotnych społeczeństwach dobrobytu, bo pracowali tylko tyle, ile trzeba i nie więcej. Kiedy dzięki pracy było już co zjeść i pod czym się schować, praktykowali uspołecznienie: bawili się, opiekowali sobą, gadali, tańczyli, romansowali. Pracowali by sobie pożyć, a nie żyli po to, by popracować.

A kiedy się ludzie lenią, kiedy mają wolne, kiedy nie muszą, wtedy bywają innowacyjni, wtedy wpadają na rewelacyjne pomysły. Próżnowanie jest produktywne, a lenistwo wbrew pozorom twórcze. Na pomysły ułatwiające nam życie i wynalazki ludzie wpadali poza schematyczną i wykańczającą pracą. Twórcze myślenie to domena nie-pracy, przestrzeni, w której do niedawna przebywali jedynie ci, którzy mogli sobie na to pozwolić – solidnie uposażone klasy wyższe.

Żyjący z pracy tak nie mogą. Żeby funkcjonować między ludźmi, żeby praktykować uspołecznienie, musimy gromadzić dobra, musimy dokładać kolejne gadżety do powiększającej się graciarni. Nie pobawimy się bez wielofunkcyjnego grilla z supermarketu, ani bez napojów wlewanych nam przez koncerny. A kiedy pojawiają się dzieci, konsumpcyjne konieczności rosną i rosną. System nie daje wytchnienia. Pożarł nam intymność, połknął rodzinę, wdarł się do naszych zabaw. Dla większości z nas nie ma z tego konsumpcyjno-robociarskiego kieratu ucieczki.

Gdybyśmy tak wszyscy zdezerterowali, gdybyśmy zaczęli żyć, mieć wolne, bawić się i myśleć, oczywiście padłyby system, który jest oparty na zasysaniu coraz większej czasowej puli pracy z pracujących i podnoszeniu wydajności pracy u tych, którzy pracują. System, który opiera się na przymusie pracy i konsumpcji, na terrorze podnoszenia wydajności kosztem naturalnych dla nas lenistwa i zabawy – istoty życia społecznego. Niektórzy powiedzą, że padłoby na łeb na szyję PKB i w ogóle katastrofa by społeczna była. Wolność od pracy uczyniłaby nas biednymi, a biedni być przecież nie chcemy.

A może czas przestać myśleć o życiu w ten sposób? Może to nie rosnące PKB i nie wytężona praca decydują o naszym szczęściu? Może praca nasze szczęście po prostu rujnuje?

Kiedy zapracowany mam dosyć i kiedy myśli o dezercji z kieratu nie dają mi spać, powracam do znakomitego poradnika autorstwa internetowego artysty Heatha Buntinga, który radził, by ku uszczęśliwieniu siebie planować każdy dzień tak, by za zupełną darmochę podnieść sobie jakość egzystencji. Napisał w nim między innymi to: brak czegokolwiek do zrobienia to najwyższe osiągnięcie i najwyższe stadium wydajności człowieka. W związku z tym nie powinniśmy odczuwać niepokoju, kiedy nie pracujemy, ani tym bardziej odczuwać pokusy, żeby dostępny nam wolny czas zapełnić jakąś pracą.

Życzę Państwu zatem braku generowanej przez system pokusy zajrzenia do skrzynki e-mailowej w poszukiwaniu jakiejś pracy, kiedy nad wodą będziecie podsmażać karkówkę.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 16

Dodaj komentarz »
  1. A propos nawału pracy.

    Tiziano Terzani w swojej książce „Nic nie zdarza się przypadkiem” będącej jak to u niego zwykle bywa zapisem jego licznych wojaży daje uroczy przykład ,że naprawdę nigdzie nie jest lekko. Spotykając w Nowym Jorku rosyjskiego Żyda (wyemigrował z Rosji po wiadomym upadku) zadaje mu filozoficzne pytanie „Jak leci na nowym miejscu?”
    Pada odpowiedź która poraża swoją egzystencjalną głębią:

    „ Prawie żadnej różnicy. Tam Gułag i tu Gułag…Tylko tutaj jedzenie lepsze…”

  2. Jeżeli Pan Profesor jest egoistą i chce trzymać swoją rodzinę w biedzie, to proszę bardzo, może się w każdej chwili zwolnić z wszelkiej pracy. Może też pracować mniej. Żadnego terroru ani przymusu tu nie ma. Nie ma to jednak nic wspólnego z wyborami innych ludzi. Niech każdy decyduje za siebie. W jaki sposób urzeczywistnić ten łowiecko-zbieracki raj na ziemi, w którym większość ludzi zmarła by z głodu? Jedyną metodą jest zakaz pracy i to byłby prawdziwy terror.

    Podsumowanie wszystkich absurdów powyższego tekstu zajęło by kilka dni, co nie jest jednak wykluczone.

  3. Krzysztof Mazur jak zwykle poraża klarownością myśli, co w przypadku tej opcji ideologiczno-światopoglądowej nie jest niczym nowym.
    A sam tekst autora blogu naprawdę dobry, chociaż jak dla mnie zdanie pytające „A może czas przestać myśleć o życiu w ten sposób?” można zastąpić trybem bardziej jednoznacznym:

    „Przestańmy myśleć o życiu w ten sposób”

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. „…Socjolog z uniwersytetu w Uppsali dr Roland Paulsen (który już wcześniej włożył kij w mrowisko wydając książkę „Społeczeństwo pracy”) pyta, jaki jest cel pracy przez 8 godzin, dzień po dniu, do późnej starości? Od lat 30. minionego wieku produktywność wzrosła pięciokrotnie, pojawiły się rewolucyjne technologie, a zapotrzebowanie na pracę nie zmalało.

    Pracujemy na dobra, których naprawdę nie potrzebujemy. I to jest stosunkowo nowe zjawisko w rozwoju ludzkości. Dawniej człowiek przestawał pracować, kiedy zaspokajał swoje potrzeby. Moralność pracy zrodziła się wraz z Lutrem i rewolucją przemysłową. Praca stała się swego rodzaju religią. Paulsen powołuje się na Arystotelesa i Platona, którzy uważali, że praca ogłupia, i cytuje młodego Karola Marksa, który obiecywał, że w przyszłości będziemy jedynie łowili ryby, kochali się i czytali książki. Są bowiem w życiu inne wartości niż tylko praca, podkreśla. Nawołujących do wydłużenia okresu pracy nazywa demagogami.

    Praca, według Paulsena, powoduje jedynie utrwalenie obecnych struktur władzy. Na szczycie pełno jest niepotrzebnych, lecz dobrze opłacanych stanowisk, w tym zwłaszcza w polityce. Gdyby w amerykańskim Kongresie było tylu deputowanych co w szwedzkim Riksdagu, licząc proporcjonalnie do liczby ludności obu państw, to musiałoby ich być kilkanaście tysięcy. Ci, którzy zarabiają najwięcej, najmniej przyczyniają się do wzrostu dobrobytu. Socjolog z Uppsali proponuje rozgonić to towarzystwo, w tym także socjologów, którzy za pieniędze podatników prowadzą niepotrzebne badania.

  6. ,,Tydzień robotnika [..] na przykład nauki takiego jak ja, wygląda tak: praca, praca, praca, praca, praca, praca, praca i trzy godziny konsumpcji w weekend. Nie mam wolnych popołudni, z ledwością wydłubuję z doby wolne wieczory. Nie mam wolnych weekendów i w ogóle nie mam wolnego czasu. I po co to? Czy gdybym wcisnął przycisk “stop” i pracować przestał, albo pracę solidnie zredukował, to czy stałoby się cokolwiek złego? ” – Myślę, że odzyskałby Pan swoją tożsamość. Jeżeli Pan nie zwolni to wcześniej, czy później dojdzie do takiego wyczerpania organizmu, że zacznie Pan brać środki przeciwbólowe, żeby ,,wytrzymać”. Praca, praca, praca, imperatyw funkcjonalny, ,,muszę , bo..”. System jako grupa wpływu, która wywiera szczególnie silny nacisk na różnicującą dystrybucję władzy w wymianie społecznej nie odpuści. Jeżeli chcesz być jednym z nas ,,to musisz..” Pytanie, czy warto?. Zależy to od celu jaki mamy na horyzoncie i od siły uczucia, które zostanie wystawione na próbę czasu.
    Osiągnąłem to, co zamierzałem. O jaką stawkę gra idzie?

  7. Panie Profesorze!
    Koła Waszeć nie wymyślił. Jest taki obraz – miniatura chińska, gdzieś z XIIIw – starzec pod drzewem w sielskim krajobrazie pagórków, drzew, polatujących ptaszków, a siedzący ma wyraz skupionej na nie wiadomo czym ekstazy – i podpis – lenistwo. Nie pamiętam już który z autorów wywodził o tym obrazie, że jest to najwyższy, dostępny człowiekowi stan szczęśliwości. Może też zaowocować wielkim odkryciem – postęp bowiem jest dziełem ludzi leniwych. Unikając nadmiernego wysiłku wymyślają ułatwienia. Pracowity niczego nie wymyśli – pracuje, jak pracowano przy wykonywanej czynności zawsze, starając się co najwyżej wykonać jej więcej, albo dokładniej. Niech więc żyje lenistwo i niech się święci 1 Maja!

  8. @Krzysztof Mazur
    Ależ terror i przymus nie objawia się tylko pałą spadającą na plecy. Liczą się społeczne niuanse – presja społeczna, sankcje takie jak wyśmianie, ględzenie również tej części rodziny, której nasze lenistwo i wynikająca stąd „bieda”, nie dotykają. Sankcja wykluczenia przez sąsiadów, którzy potrafią „nierobowi” uprzykrzyć życie.
    H. Rosa napisał w „Soziologie – Kapitalismus – Kritik”, w rozdz. Kapitalismus als Dynamisierungsspierale, (s. 103) taką wesołą opinię:
    „(…) [W kapitalizmie] każdy ułamek procenta wskaźnika wzrostu osiągany jest dzięki pełnej mobilizacji wszystkich społecznych sił oraz świętowany politycznie nie dlatego, że [ów wzrost] pomoże w pokryciu konkretnych materialnych potrzeb, ale jako cel sam w sobie lub też jako środek do stworzenia kolejnych miejsc pracy. Z perspektywy każdego innego [niż kapitalizm] systemu społecznego, taki stan rzeczy musi być postrzegany jako perwersja lub wyraz patologicznej pleonaksji.” (tłum. niedoskonale własne)
    Z drugiej strony mój kolega skomentował ten cytat mniej więcej tak: „to może być dobre dla jakiegoś plemienia z afrykańskiego buszu. Ale my tu mamy zimę! Jak nie zgromadzisz zapasów, to giniesz na mrozie!”
    I choć może konsekwencje nie są od razu śmiertelne, to jednak w przeciwieństwie do np. Greka w kryzysie, my faktycznie nie możemy spokojnie przysypiać pół roku nad morzem, pod chmurką. Swoją drogą, ten chłód – mam taką teorię, ale na pewno ktoś już ją miał kiedyś, więc nie poczuwam się do autorstwa – no więc to zimno moim zdaniem było silnym motywatorem do budowy cywilizacji wyposażonej w ciepłe domy z ciepłymi samochodami (i ciepłymi skarpetkami). Im dalej od równika, tym bardziej rozwinięta cywilizacja. Zresztą może chodzi o to, że jak jest ciepło, to po prostu człowiekowi się nie chce. 🙂

  9. Ach, ileż pracy naukowca wymaga stwierdzenie (i to w czasie wolnym od pracy) że to system wpędza nas w winę tego, jacy jesteśmy.
    Nie: za to, ale: tego.
    Systemy bowiem nachodzą i gwałcą myślącą (to, poza systemem nie wymaga pracy) ludzkość, jak mikroby i wirusy – z kosmosu, zabijając leżące pod palmami i dumne ze swojego pochodzenia i wizerunku lwy, jak muchy.
    Tak, systemy niszczą arystokracje intelektualne, żyjące energią pobieraną z korporacji, demokracji, unii, dotacji czy z serwerów. To słuszne, ponieważ system intencjonalnie zabiera energię myślącym ludziom i spożywa ją w samotności. Jak jakiś cham prosty.
    A przecież to myślenie o przechytrzeniu systemu, wydarciu mu dogmatów, jest źródłem energii ludzkości.
    Po co więc praca (chyba że nad systemem włamu do zasobów systemu, co nazywa się przełamywaniem stereotypów).
    Czy jest ciepło, czy zimno, człowiekowi normalnie myślącemu się przecież nie chce i stąd pochodzi energia, która, w przeciwieństwie do pracy, mu się należy.
    Jak ja lubię nowoczesność, za każdym razem, kiedy wraca 🙂

  10. Panie Mazur, chyba Pan przesadza trochę. Czy egoistą jest ktoś kto np rezygnuje z pracy, która da mu więcej pieniędzy ale będzie musiał zaiwaniać 15 godzin na dobę i przez to nawet nie będzie w stanie oglądać jak mu dzieci drastają? A czy biedą jest np posiadanie starego telewizora i rezygnacja z samochodu i innych dóbr w gruncie rzeczy służących jedynie pokazaniu innym, że nas stać? Może zamiast uprawiać groszoróbstwo na skalę bliską obłędowi, ludzie powinni pracować tyle żeby nie głodować, mieć ciepło w zimie, raz na jakiś czas wyjechać sobie na wieś i się poszwędać po lesie czy co tam ich kręci.

  11. /Krótka nota pierwszomajowa o dobroczynnym i zbawiennym lenistwie. Do ewentualnego wzięcia pod uwagę jako rozrywka intelektualna, kiedy będziecie Państwo hen, daleko, grillować nad rzekami, jeziorami i morzem zasłużenie odsapując po wytężonej pracy./
    /W pierwszy z weekendów długiego weekendu oczywiście byłem w pracy i z mozołem nauczałem studentów, uprzednio jadąc do nich autobusem PKS-u z innymi udającymi się do roboty./
    /Nauczałem socjologicznego funkcjonalizmu, czyli takiej teorii, która każe traktować ludzi jako niewiele znaczące trybiki systemów społecznych./
    Po pierwsze czym innym jest system społeczno-gospodarczy jako zbiór norm prawnych, a czym innym społeczeństwo jako zbiór osób i ich oddziaływań. Autor konsekwentnie miesza te dwie kwestie i w ustach profesora nauk społecznych wygląda to na świadomą demagogię. Tylko w pierwszym znaczeniu (systemu norm prawnych) można mówić o /systemie społecznym/. Elementem systemu norm prawnych i ewentualnie moralnych nie są w ogóle ludzie tylko normy spisane w prawie lub zapamiętane jako zwyczaje. Społeczeństwo, czyli zbiór ludzi, w ogóle systemem nie jest. To że pojedynczy człowiek ma niewielki wpływ na całość społeczeństwa wynika z liczby ludności, a nie z systemu norm, ani z poglądów członków społeczeństwa. Różnica między kapitalizmem a innymi systemami polega na tym, że tylko w kapitalizmie większość ludzi ma jakikolwiek wpływ na to co robią. W socjalizmie, interwencjonizmie, feudalizmie itd. Decyzje, co robi dany człowiek, w większości przypadków zapadają bez jego udziału. Być może jest to różnica niewielka, ale na długą metę istotna.
    /Systemy społeczne – dowolne i w każdym miejscu na świecie – nie lubią być obalane, nie kochają zmian ni rewolucji, co powoduje, że za wszelką cenę starają się zapobiec antysystemowym myślom pojawiającym się od czasu do czasu w głowach co bardziej krnąbrnych jednostek./
    System społeczny jest zbiorem norm i nie ma woli. Może mieć jakiś cel, ale nie wolę. Animizowanie obiektów martwych i na dodatek abstrakcyjnych jest postępowaniem delikatnie mówiąc nienaukowym. Społeczeństwo jako byt zbiorowy również nie jest człowiekiem i nie posiada woli tak samo jak każdy inny byt kolektywny (naród, płeć, rasa, klasa itp.). Jeśli się na starcie zakłada kolektywizm (co jest błędem), to nic dziwnego, że i na końcu wychodzą kolektywistyczne wnioski. Tylko że nie jest to żaden dowód, a raczej sztuczka erystyczna.
    /Jedną z głównych funkcji systemu jest usypianie jednostek. Ludzie mają mentalnie przysypiać i nie myśleć nad dogmatami, które są fundamentami systemu./
    Nawet jeśli, to nie jest argument, że system jest zły.
    / Na przykład naszego systemu./
    Ma Pan na myśli keynesistowsko-postkomunistyczny interwencjonizm gospodarczy z elementami kapitalizmu, w którym państwo rozdaje dodrukowane przez siebie pieniądze większości społeczeństwa, a mniejszość uznawana powszechnie za frajerów, oszustów i przestępców na to pracuje? Nic dziwnego, że muszą ci frajerzy i oszuści długo pracować, skoro utrzymują nie tylko siebie i swoje rodziny, ale i pozostałe 60 % społeczeństwa, które jedynie konsumuje i głosuje. Nasz obecny system jest przede wszystkiem eklektyczny, a świadomość społeczna eklektyczna jeszcze bardziej.
    / W toku wychowania przyswajamy sobie tutaj nieobalalne prawdy, które sterują naszym zachowaniem: że pieniądz jest dobry i że trzeba go zdobywać, że praca jest dobra i że trzeba harować, a kto nie pracuje ten fajowsko nie konsumuje./
    W Polsce dzisiejszej świadomość większości społeczeństwa i co za tym idzie polityków i mediów jest dokładnie odwrotna. Większość sądzi, że przedsiębiorca to złodziej lub co najmniej cwaniak i kombinator, a pracownik to frajer. Prawdziwie przedsiębiorczy Polak załatwia sobie rentę, emeryturę dotację lub zasiłek. Można o tym poczytać na przykład w tygodniku Polityka:
    http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1526043,1,bankruci-zakladaja-stowarzyszenie.read
    / Że piąć się trzeba po stromych drabinkach karier i że drugi człowiek to nasz konkurent w konsumowaniu i w pracy./
    Drugi człowiek to nie tylko konkurent, ale przede wszystkiem kontrahent z którym wymieniamy towary, usługi i umiejętności, dzięki czemu możemy żyć lepiej niż gdybyśmy wszystkie towary i usługi musieli sobie wykonywać samemu. Każdy człowiek jest w jakiejś swojej niszy najbardziej efektywny i w tym powinien się specjalizować, a nie robić wszystko po łepkach, jak ludzie pierwotni. Tendencja do rosnącej specjalizacji występuje od tysięcy lat i to żadna nowość. Można sobie o tym poczytać np. w książce antropologa-niemarksisty Krzysztofa Kowalskiego:
    http://lubimyczytac.pl/ksiazka/18033/archeologia-moralnosci
    / Przebrzydły system nie dopuszcza myśli alternatywnych, ponieważ by się zawalił. A tego nie chce./
    Nie ma to jak pozbawiony emocji naukowy opis.
    /Krytycy wdrukowanego w nasze umysły konsumpcyjnego, opartego na przygniatającej konkurencji porządku społeczno-ekonomicznego zauważają, że praca nam wręcz eksplodowała i zajmuje wszystkie dostępne połacie życia. Tydzień robotnika usług zaawansowanych i niezaawansowanych, na przykład robotnika nauki takiego jak ja, wygląda tak: praca, praca, praca, praca, praca, praca, praca i trzy godziny konsumpcji w weekend. Nie mam wolnych popołudni, z ledwością wydłubuję z doby wolne wieczory. Nie mam wolnych weekendów i w ogóle nie mam wolnego czasu. I po co to? Czy gdybym wcisnął przycisk “stop” i pracować przestał, albo pracę solidnie zredukował, to czy stałoby się cokolwiek złego? A co gdybyśmy zrobili tak wszyscy?/
    Gdybyśmy zrobili tak wszyscy, to państwo by nas zmusiło do konsumpcji w ramach tzw. ratowania gospodarki. Nie ma to nic wspólnego z wolnym rynkiem. Przeciwnie, to lewicowi politycy na czele z lordem Keynesem wymyślili wskaźnik PKB, żeby uzasadnić interwencję państwa w gospodarkę. Na tym polega interwencjonizm gospodarczy, czyli doktryna ekonomiczna lewicy i Autora tegoż bloga. Wolnorynkowy i neoliberałowie wiedzą, że gospodarka nie składa się wyłącznie ani przede wszystkiem z konsumpcji, ale także z oszczędzania i gromadzenia kapitału. W czasach wolnego rynku nikt PKB nie mierzył i nikt się tzw. recesją nie przejmował. To zaczął być temat dyskusji, gdy państwo wzięło się za tzw. ratowanie gospodarki, czego skutkiem są kolejne kryzysy finansowe. Wskaźnik PKB nie mierzy wielkości gospodarki, tylko wielkość sprzedaży. Można skonstruować jakieś mniej absurdalne wskaźniki (np. sprzedaż prywatną albo wielkość kapitału), ale żaden nie będzie jednoznacznie określał, czy gospodarka rośnie, czy się kurczy.
    Swoją drogą czas wolny to też jest konsumpcja. Zwiększenie ilości czasu wolnego to jest powiększanie konsumpcji, zatem prof. Szlendak domaga się konsumpcji w ramach walki z konsumpcją. Dlaczego jednak ludzie pracujący nie chcą konsumować wolnego czasu tylko coś innego? Ano dlatego, że państwo nieustannie odbiera im połowę dochodów w podatkach od wynagrodzeń (ZUS pracownika, ZUS pracodawcy, PIT, PFRON). Skoro tracą połowę dochodów, muszą pracować więcej niestety. Podobnie sytuacja wygląda z dłuższymi urlopami i gromadzeniem oszczędności na starość. Nie można tego zrobić, ponieważ państwo nieustannie obniża wartość pieniądza poprzez jego dodruk w ramach wspierania gospodarki przez wzrost konsumpcji. Państwo utożsamiło gospodarkę z konsumpcją, nie rynek.

    /Weźmy takiego lwa. Lew – postawmy sprawę klarownie i dobitnie – przez 23 godziny doby po lwiemu się leni. No opierdziela się skubany, pracując pazurami i zębami zaledwie jedną jedyną godzinę. I żyje. Dla takiego lwa, gdyby cudem jakimś uzyskał samoświadomość, idea, żeby wszyscy mieli pracę i wszyscy tej pracy się poświęcali przez większość doby byłaby arcyzabawna. Uznałby nas za istoty dotknięte obłędem./
    Jak widać ideałem do naśladowania dla lewicowych intelektualistów są zwierzęta drapieżne. Dlaczego ograniczać się do lwa? Wąż boa po zjedzeniu ofiary może spać przez dwa tygodnie. Tak się jednak nieprzyjemnie składa, że te lewicowe drapieżniki stanowią niewielką część zwierzęcego elektoratu. Jak przekonać pozostałe żyjątka, które nie mogą spać w obawie przed połknięciem albo pracują bez przerwy jak np. neoliberalne chomiki? Czy nie byłoby dla nich lepiej, gdyby leniwie leżały i czekały na połknięcie? Obawiam się jednak, że taki ekosystem, w którym wszyscy śpią i konsumują zapasy długo by nie przetrwał.
    / Żeby chwilę pokonsumować życie – nagrodzić się obiadem w restauracji, chwilą seksu z partnerem czy zabawy z dzieckiem – najpierw musimy odbębnić swoje w niekończącym się kieracie pracy. W szponach usypiającego nasze umysły systemu pozostają nawet socjaliści, których jednym z haseł głównych wypisywanych na pierwoszomajowych sztandarach jest praca dla każdego./
    Obecni socjaliści domagają się jak widać pracy dla nikogo, zgodnie z hasłem, im gorzej tym lepiej.
    /Jeden z francuskich działaczy ruchu robotniczego, Paul Lafargue, w roku 1883 wpadł na pomysł, że pasja do pracy i bezsensowny przymus produkowania to największe nieszczęścia ludzkości. Jego zdaniem ruch socjalistyczny winien walczyć o prawo do bycia leniwym, a nie o prawo do pracy dla każdej i każdego, nawet pracy najlepiej ubezpieczonej, zabezpieczonej i najfajniejszej pod słońcem.
    Odkrycie Lafargue’a ludzie ze społeczności zbieracko-łowieckich, opisywani przez antropologa-marksistę Marshalla Sahlinsa, uznaliby pewnie za oczywistość. Oni to – zdaniem Sahlinsa – żyli do niedawna w pierwotnych społeczeństwach dobrobytu, bo pracowali tylko tyle, ile trzeba i nie więcej. Kiedy dzięki pracy było już co zjeść i pod czym się schować, praktykowali uspołecznienie: bawili się, opiekowali sobą, gadali, tańczyli, romansowali. Pracowali by sobie pożyć, a nie żyli po to, by popracować./
    Szympans pracuje jeszcze krócej, więc to jednak nie było społeczeństwo dobrobytu. Dodajmy że w tym względnym dobrobycie 25 % osób ginęło w wojnach albo było porywanych jako niewolnicy, a liczba mieszkańców terenów Polski wynosiła kilkaset osób.
    /A kiedy się ludzie lenią, kiedy mają wolne, kiedy nie muszą, wtedy bywają innowacyjni, wtedy wpadają na rewelacyjne pomysły./
    Ciekawe co robią ze swoimi innowacyjnymi pomysłami, wynalazkami i dziełami polscy emeryci i renciści (9 mln ludzi) i bezrobotni? Ukrywają je gdzieś przed światem? Dlaczego Polska nie jest innowacyjnym centrum świata, skoro większość Polaków nie pracuje?
    / Próżnowanie jest produktywne, a lenistwo wbrew pozorom twórcze. Na pomysły ułatwiające nam życie i wynalazki ludzie wpadali poza schematyczną i wykańczającą pracą. Twórcze myślenie to domena nie-pracy, przestrzeni, w której do niedawna przebywali jedynie ci, którzy mogli sobie na to pozwolić – solidnie uposażone klasy wyższe./
    Tutaj mamy niewielkie ziarno prawdy szczelnie ukryte. Niektórzy arystokraci owszem tworzyli wynalazki, dzieła naukowe i artystyczne. Ale to nie byli ci, którzy próżnowali. Opowieści o tym jakoby naukowcy zajmowali się siedzeniem pod drzewem i czekaniem, aż im jabłko spadnie na głowę wielokrotnie były dementowane (np. Bocheński, Quine). Większość ludzi, w tym robotników i arystokratów, nie ma zdolności do pracy twórczej. Gdyby wszyscy zostali bogatymi arystokratami (pomijając fantastyczność tego pomysłu) nic by się pod tym względem nie zmieniło. Częściej arystokraci zajmowali się sponsorowaniem artystów i naukowców.
    Prawdą jest, że bogaty człowiek może więcej, ale receptą na to nie jest lenistwo. Źródłem majątku jest praca i oszczędzanie, nie konsumpcja i leniuchowanie. Większość dziedzin nauki, techniki, a częściowo także sztuki dla stworzenia nowych wartościowych dzieł wymaga ogromnych nakładów majątkowych, a nie tylko ciężkiej pracy. Jedynym sposobem na powiększenie innowacyjności jest gromadzenie majątku przez wzrost oszczędności. Tylko wtedy gdy będziemy bogatsi, więcej ludzi będzie mogło zajmować się twórczą pracą, a nie beztwórczym lenistwem. Tylko wzrost majątku umożliwia poświęcenie większej ilości czasu i pieniędzy na pracę twórczą.
    /Żyjący z pracy tak nie mogą. Żeby funkcjonować między ludźmi, żeby praktykować uspołecznienie, musimy gromadzić dobra, musimy dokładać kolejne gadżety do powiększającej się graciarni. Nie pobawimy się bez wielofunkcyjnego grilla z supermarketu, ani bez napojów wlewanych nam przez koncerny. A kiedy pojawiają się dzieci, konsumpcyjne konieczności rosną i rosną. System nie daje wytchnienia. Pożarł nam intymność, połknął rodzinę, wdarł się do naszych zabaw. Dla większości z nas nie ma z tego konsumpcyjno-robociarskiego kieratu ucieczki./
    /Gdybyśmy tak wszyscy zdezerterowali, gdybyśmy zaczęli żyć, mieć wolne, bawić się i myśleć, oczywiście padłyby system, który jest oparty na zasysaniu coraz większej czasowej puli pracy z pracujących i podnoszeniu wydajności pracy u tych, którzy pracują. System, który opiera się na przymusie pracy i konsumpcji, na terrorze podnoszenia wydajności kosztem naturalnych dla nas lenistwa i zabawy – istoty życia społecznego. Niektórzy powiedzą, że padłoby na łeb na szyję PKB i w ogóle katastrofa by społeczna była. Wolność od pracy uczyniłaby nas biednymi, a biedni być przecież nie chcemy./
    Tak się składa, że większość nie chce być biedna, a ci którzy chcą i tak sobie wyobrażają, że ktoś bogaty im pomoże, więc jednak nie chcą, żeby wszyscy byli biedni. Do czego prowadzi rozdawanie pieniędzy przez socjaldemokratów, żeby wszyscy byli szczęśliwi, można sobie przeczytać tutaj:
    http://www.empik.com/kiedy-pieniadz-umiera-koszmarny-sen-o-hiperinflacji-fergusson-adam,p1046155398,ksiazka-p
    Skutkiem upadku pieniądza i gospodarki rynkowej nie jest spadek PKB (ten cały czas rósł), tylko brak jedzenia i ogrzewania, bo chłopi i kopalnie za darmo (tj. za świstki papieru) nie pracują.
    /A może czas przestać myśleć o życiu w ten sposób? Może to nie rosnące PKB i nie wytężona praca decydują o naszym szczęściu? Może praca nasze szczęście po prostu rujnuje?/
    Zależy czyje, niech każdy myśli i mówi za siebie. Szczęście robotnika to co innego niż szczęście profesora. Nie ma powodu, by profesor narzucał swoje fantazje innym. Nawiasem mówiąc socjalizm z katedry to żadna nowość. Raczej codzienność.
    /Kiedy zapracowany mam dosyć i kiedy myśli o dezercji z kieratu nie dają mi spać, powracam do znakomitego poradnika autorstwa internetowego artysty Heatha Buntinga, który radził, by ku uszczęśliwieniu siebie planować każdy dzień tak, by za zupełną darmochę podnieść sobie jakość egzystencji. Napisał w nim między innymi to: brak czegokolwiek do zrobienia to najwyższe osiągnięcie i najwyższe stadium wydajności człowieka. W związku z tym nie powinniśmy odczuwać niepokoju, kiedy nie pracujemy, ani tym bardziej odczuwać pokusy, żeby dostępny nam wolny czas zapełnić jakąś pracą./
    To samo mogłaby napisać jakaś artystka telewizyjna np. Kasia Cichopek. Swoją drogą zastanawiam się, czy np. U2 to artyści stadionowi? Czy jako internetowy troll powinienem się cieszyć, że jestem /internetowy/?
    Pozdrawiam

  12. Piękna idea – nie zarzynać się w robocie, tylko cieszyć życiem. Niestety, system trzyma się mocno. I mimo, że bezpośredniego terroru nie stosuje, to jednak swoje subtelne metody na trzymanie nas w ryzach ma. Bo zróbmy sobie taki mały myślowy eksperyment: zaczynamy pracować mniej, nie stresować się tym, że nagle ubyło nam obowiązków. Albo, że niektóre z nich sobie lekko traktujemy. Co się dzieje? Większość z nas ma kredyty do spłacenia, niektórzy rodziny, które utrzymuje. Żeby się tu wypowiedzieć, po przeczytaniu tekstu Pana Profesora, większość musiała zapłacić rachunek za dostęp do sieci. Większość naszych działań generuje jakieś koszty. Pracując mniej, ograniczylibyśmy sobie możliwość pokrywania części tych kosztów (chyba, że obecną, absorbującą i czasochłonną pracę udało by się zamienić na mniej absorbującą i czasochłonną, za to bardziej dochodową).
    W sytuacji, kiedy nie żyje się samemu, kiedy ma się rodzinę, decyzja o obniżeniu standardu życia, staje się poważna, często niemożliwa do podjęcia.
    A gdyby doszło do większej czy mniejszej rewolucji, gdyby nagle masy postanowiły uwolnić się z kieratu… myślę, że system by się dostosował. Pojawiła by się rynkowa oferta dla leni, lenistwo nagle okazało by się modne, pewnie za czas jakiś niezbędne okazało by się posiadanie określonych środków, by móc być leniem.
    A bo to nie bywało, że system wchłonął ten czy ów antysystemowy ruch i jeszcze na nim zarobił?

  13. 10 dni moj wpis czeka na akceptacje i „moderacje”….
    coz za piekna puenta do felietonu o leniwstwie…:

    Andrzej Falicz
    1 maja o godz. 4:55

    „…Socjolog z uniwersytetu w Uppsali dr Roland Paulsen (który już wcześniej włożył kij w mrowisko wydając książkę „Społeczeństwo pracy”) pyta, jaki jest cel pracy przez 8 godzin, dzień po dniu, do późnej starości? Od lat 30. minionego wieku produktywność wzrosła pięciokrotnie, pojawiły się rewolucyjne technologie, a zapotrzebowanie na pracę nie zmalało.

    Pracujemy na dobra, których naprawdę nie potrzebujemy. I to jest stosunkowo nowe zjawisko w rozwoju ludzkości. Dawniej człowiek przestawał pracować, kiedy zaspokajał swoje potrzeby. Moralność pracy zrodziła się wraz z Lutrem i rewolucją przemysłową. Praca stała się swego rodzaju religią. Paulsen powołuje się na Arystotelesa i Platona, którzy uważali, że praca ogłupia, i cytuje młodego Karola Marksa, który obiecywał, że w przyszłości będziemy jedynie łowili ryby, kochali się i czytali książki. Są bowiem w życiu inne wartości niż tylko praca, podkreśla. Nawołujących do wydłużenia okresu pracy nazywa demagogami.

    Praca, według Paulsena, powoduje jedynie utrwalenie obecnych struktur władzy. Na szczycie pełno jest niepotrzebnych, lecz dobrze opłacanych stanowisk, w tym zwłaszcza w polityce. Gdyby w amerykańskim Kongresie było tylu deputowanych co w szwedzkim Riksdagu, licząc proporcjonalnie do liczby ludności obu państw, to musiałoby ich być kilkanaście tysięcy. Ci, którzy zarabiają najwięcej, najmniej przyczyniają się do wzrostu dobrobytu. Socjolog z Uppsali proponuje rozgonić to towarzystwo, w tym także socjologów, którzy za pieniędze podatników prowadzą niepotrzebne badania.

    Twój komentarz czeka na moderację.

  14. Czyli to jednak byt kształtuje świadomość ? 🙂 niby stara prawda a jednak w poniedziałek (jeśli profesor miał wolny weekend) idzie się do pracy. Takie myśli napadają mnie zwłaszcza piątek albo przy większej kumulacji w Lotto :/

  15. W.A.M. pisze:Jak wiekszosc naezcyciuli akademickich, pani dr Cato jest nieco sfrustrowana, powiedzmy to lagodnie. Was there, seen that.Moze problemy wziely sie z tego, ze wymusilismy na mlodziezy pogon za papierkami a nie za wiedza? Swiat pracodawcow, zarzadcow szkolnictwa wyzszego, rzady i roznego rodzaju osrodki opiniotworcze przekazaly wiadomosc, ze 21 wiek jest wiekiem wiedzy, i bez niej nie mozna egzystowac . Prawda, ale czy 40%-60% populacji jest zdolne aktywnie przejsc i satysfakcjonujaco wg standardow lat 70-80 skonczyc uniwersytet? Obawiam sie, ze nie. W zwiazku z tym obnizanie wymagan, az do momentu postawienia naezcyciuli pod sciana nasi absolwenci musza wykazac sie pewnym minimum . Nie da sie. Aktywne studiowanie, dyskusje, ciekawosc, wymagaja pewnego minimalnego poziomu intelektualnego. Studia prawdziwe, a nie dla papierka sa wysilkiem i intelektualnym, i szkola wytrwalosci, samozaparcia, walki z oporem materii :). Gdyby 40%-60% mlodziezy mialo te cechy na poziomie oczekiwanym przez dr Cato, to wyniki testow gimnazjalnych czy matur bylyby WYSOKIE.[Male pytanko: dlaczego nasze uniwersytety medyczne, tak oblegane, nie zadaja matury na rozszerzonym poziomie nie tylko z biologii i chemii, ale takze z polskiego, jezyka obcego, fizyki, matematyki…]Mam swoja teorie spoleczna na ten temat ( upowszechnienie edukacji wyzszej ). Ze strony rzadow (i UE) jest lepiej, jak 40-60% mlodych samcow siedzi na uczelniach do czasu az ukoncza 23-25 lat. Po tym okresie ich agresja spada, a dodatkowo delikwenci maja dlugi do splacenia. Rzady unikaja rewolucji mlodziezy, ktora nie widzi siebie w spoleczenstwie, ktora byc moze nie chce sobie budowac miejsc pracy.Ale, jest cos jeszcze, co p. Cato opisala. Niezly zarobek na studentach. Po prostu studiowanie czy organizowanie studiowania stalo sie doskonalym biznesem dla ludzi prowadzacych uczelnie (czy korepetycje). Mamy sprzezenie profesoroie podkreslaja koniecznosc i walory edukacji, rzadzacy im przyklaskuja, student placi.Dowod Proces Bolonski minimalna zawartsc programow studiow, byle te masy przepchac (i zabrac z ulic w najbardziej goracym okresie dojrzewania).A co do oplat. Zdaje sie, ze pojecie czesnego (tutition) egzystowalo od zarania uniwersytetow. Byly to elitarne instytucje, dostepne dla dzieci elit.Na szczescie, wprowadzono dofinansowanie z podatkow. Uwazam, ze slusznie. Byc moze model dunski dofinansowania szkolnictwa (studentow) jest OK jakies 6-8 lat finansowania studiow, na cale zycie :), akademiki, jakies bezzwrotne stypendia. Jestem zdecydowanie przeciw wiecznym studentom .A p. dr Cato chyba przesadza z rownaniem uniwersytetu do kolebki rewolucji. Nigdy takim miejscem nie byl, wylaczajac koniec lat 60.Natomiast to studenci sami powinni byc krytyczni, probowac wielu sciezek zycia w czasie studiow (no, tylko czesc z nich to zrobi). Mysle, ze studenci cenia profesjonalizm wykladowcy, nie obrazaja sie za sprawiedliwie ocenione prace czy projekty, cenia wymagajacego od siebie i od nich nauczyciela.W szkolach technicznych (moi, moi) raczej dyskutuje sie o projektach, i czasem, nieco oblique wychodza zagadnienia etyczne. Wiem, ze politechniki to nie miejsca na propagande polityczna i spoleczna.A konformizm moze byc i u p. dr Cato na zajeciach. Zastanawiam sie, jak zareagowalaby, gdyby ktorys z jej studentow powiedzial jej, ze dba o dobro ludzi na ziemi, o ich zdrowie i o ich rozwoj, a nie o Gaje. Gdyby powiedzial, ze jesli uwaza, ze uniwersytet nie powinien przyjmowac Chinczykow, bo produkuja 5 ton CO2, to jest nieludzka, bo uwaza tych ludzi za przedmioty.Ladny tytul dala swojej ksiazce (doktorat?) o pracy (7 myths) Arbeit Macht Frei . Prawdopodobnie zamierzony brytyjski humor, mysle, ze nieco obrzydliwa wersja. Pare banialuk juz tam wyczytalem o szczesliwych Buszmenach be my guest, one way ticket to Africa

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php