Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Wszystkożerca - Socjo-pomyślenia Tomasza Szlendaka Wszystkożerca - Socjo-pomyślenia Tomasza Szlendaka Wszystkożerca - Socjo-pomyślenia Tomasza Szlendaka

31.07.2012
wtorek

Plagi nadmorskie

31 lipca 2012, wtorek,

Wróciłem z krótkiego urlopu nad polskim morzem i zwaliło się na głowę. Wystarczy odbiornik uruchomić i się na głowę zwala. Furgonetki przeładowane ludźmi wpadają pod pociągi na niestrzeżonych przejazdach. Tornada pustoszą wsie (dziennikarze przy tym, sądząc po minie i przekazie między wersami, wyraźnie nieukontentowani informują o znikomej – niestety – liczbie ofiar).

Butle gazowe wybuchają w centrach handlowych. Ministrowie nowi powoływani i debata ogólnokrajowa trwa, czy z tej okazji wyrzucać z pracy ich synów czy nie wyrzucać. I czy powyrzucać może jeszcze jakichś innych synów, jakichś innych ojców, z jakiejś innej pracy. I że Polska na kumoterstwie stoi, na nepotyzmie. I że katastrofa na katastrofie. Transportowa pogania naturalną, a ta dodaje animuszu politycznej. No katastrofy same.

A mówiłem sobie. Naobiecywałem. Że nie włączę telewizora, że nie uruchomię radia, że na portal popularny z wieściami z kraju i zza granicy okiem nie rzucę. Rzuciłem i mam. A tak było przez tydzień sympatycznie. Ustka, ustecka syrenka klepana przez gawiedź po wysuwającej się z rybiego ogona pupie, ani jednej chmurki, las z jagodami i pokazujące kapelusze grzyby. No raj po prostu… Potem, na zakończenie urlopowego tygodnia z dala od kochanych w Polsce informacji (przypomnę: o tragediach, katastrofach i takich sobie wydarzonkach, rosnących w dziennikarskich opisach do tragicznych wymiarów), otwarcie Jarmarku Dominikańskiego i grzebanie w starociach i adapterowych longplejach.

Morze to jest odurzające nic, napisał Janusz Rudnicki. Dla mnie tymczasem, od zawsze, morze to było odurzające coś. Zwłaszcza nadmorskie plaże i promenady zawsze były odurzającymi cosiami. Przez tydzień, nie myśląc o pracy i piekiełku w centrum kraju, gapiłem się tam na ludzi ciężko odpoczywających. Co roku tak robię i śledzę aktualne plagi. Albo plagi apdejtowane, zaktualizowane. Nie mówię rzecz jasna o pladze sinic, bo tych na otwartym morzu, tam gdzie przynajmniej przebywałem, nie było. O pladze burz też nie będzie ni słowa. Będzie za to o plagach społecznych, wakacyjnych. Zaznaczę trzy jedynie, tak dla zaostrzenia Państwa apetytów na urlop nad Bałtykiem.

Plaga pierwsza: york polski nadmorski (Canis lupus polonicus maritimus, bo chyba tak jakoś to będzie; kurczę, lekcje łaciny toną już w odmętach niepamięci…). Chodzi o terriera takiego. Małego. Żeby było jasne: uwielbiam psy. Ale york? Bidne to takie. Dygoce non-stop. Jak stoi to wygląda, jakby uciekało.

Nad polskim morzem, w miejscu wakacyjnym, yorków zatrzęsienie. Spojrzysz w lewo, na zachód, yorków stada. Spojrzysz w prawo, na wschód, yorków tabuny. Rozliczne yorki wpadają swym rozlicznym paniom pod nogi. Panie piszczą, yorki trochę ciszej. Czasami z yorkami tymi na spacerach bywają panowie, z minami niewyjściowymi.

Nie wiem, czy Państwu wiadomo, ale yorki polskie nadmorskie znacząco różnią się długością i wagą. Znać, że kupowane są u hodowców z fantazją. Bywają yorki długaśne niczym jamniki. Są yorki grubaśne niczym Garfieldziane koty, których jedynym celem jest trzymanie nosa w misce z lasagną. Yorka, czy on długaśny czy grubaśny, krótkawy li maleńki, charakteryzuje spineczka tudzież kokardeczka, dzięki którym formuje się yorkowi eleganckie fiu-bździu na głowie. I to fiu-bździu właśnie stanowi o yorkowatości yorka.

Wygłupialiśmy się z rodziną i obmyślaliśmy związane z yorkiem zabawy. Na przykład: dzień bez ujrzenia yorka dniem straconym (wychodzimy na balkon i szukamy na chybił-trafił wzrokiem yorka, zawsze jakiś w zasięgu oczu był). Albo: kto pierwszy doliczy do dziesięciu yorków (bardzo szybko to podczas spacerów szło). A na końcu promenady, kilka kroków przed syrenką, można było na odpowiednim stoisku zakupić yorka w stanie nieżywym. Takiego futrzastego, sztucznego, z Chin. Takiego pełnego zalet dla tych wszystkich, którzy chcą mieć yorka (a wszyscy nad polskim morzem chcą go mieć), ale nie znoszą szczekania.

I kiedy tak patrzyłem na to yorków morze, nie mogłem, wybaczcie, odpędzić od siebie myśli o orłach. Jakiś czas temu, kiedy zainstalowano na nadwiślańskiej Kępie Bazarowej w Toruniu parę orłów bielików, na posiadaczy yorków padł blady strach. Podobno ptaki te wysoce symboliczne z łopotem skrzydeł i rozcapierzonymi szponami opadały w pobliskim parku na wyprowadzane tam yorki, myląc je z drobną, świnkopodobną zwierzyną łowną. I wyrywały te yorki właścicielkom razem ze smyczą. Musiało to, o ile ta miejska legenda nosi w sobie ziarenko prawdy, robić wrażenie. A jakie to wrażenie – posępne czy, powiedzmy, przyrodoznawcze – zależy już od gustu względem ras psich.

Plaga druga: kolorowe warkoczyki. Wysoce zaraźliwe. Już drugiego dnia urlopu, po spacerze nadmorską promenadą, znalazły się we włosach mojej córki (lat dziewięć). Pań montujących kolorowe warkoczyki wiele, bardzo wiele. Ta pani, na którą trafiliśmy montowała z użyciem sprawnych w skręcaniu warkoczy dłoni, trymera i zapalniczki. Trymerem goliła co tam z kolorowego warkoczyka wystawało, a zapalniczką przypalała jego koniec. Wieńcząc dzieło nakładała plastykowy koralik. Liczyłem dzieci płci żeńskiej bez takich wytrymerowanych i opalonych zapalniczką warkoczyków. Przez tydzień naliczyłem dwoje.

Plaga trzecia: koniki na wrotkach. Tak, właśnie tak. Koniki na wrotkach. Przy czym koników nie męczy się tu ani trochę, ponieważ – podobnie jak ów york z Chin, który nie szczeka – koniki są najzupełniej nieżywe. Chociaż, jak tak się konikowi na wrotkach uważnie przyjrzeć, to nie wiem, czy się faktycznie konik nie męczy… No bo tak: siada na nim dziewczę (zazwyczaj wedle moich obserwacji niedorosłe, ale już niechude) i – jak to ująć zgrabnie… – dociska energicznie ciałem sztucznego wierzchowca, ten zaś, za sprawą zamontowanego w nim prostego mechanizmu, porusza się na wrotkach do przodu. Się to nazywa PonyCycle i wytrzymuje obciążenie czterdziestu kilogramów. Na promenadzie całe tych koników wypożyczalnie. Zamiast rowerów.

*   *   *

Wybaczcie długą nieobecność. To przez pracę, której przed urlopem miałem tyle, że kombinowałem, gdzie by tu w kalendarzu wykroić czas na sen. Tyle kart miałem, między innymi sprawami, do zapisania w ostatnim miesiącu, że na bloga nie starczyło już czasu. Naprawdę. Jestem jednak pewien, że nikt nie płakał.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 14

Dodaj komentarz »
  1. Eee… mnie było smutno 🙁
    O porywaniu yorków przez wielkie ptaki na plaży słyszałem już w zeszłym roku. Konkretnie, to o jednym, w Gdyni. Odleciał w stronę otwartego morza, a właścicielka ze smyczą w ręku (piesek nie był przypięty) odchodziła od zmysłów…

  2. Długo czekaliśmy na wpis ale od czego są RSSy. Czy może Pan napisać coś o Satoshim Kanazawie? Czy to jest kontrowersyjna postać? Po urlopie czekamy na ciekawe wpisy 🙂

  3. Cóż, głupia sprawa, kiedy pies waży połowę tego, co mój kot…

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. W tej legendzie może tkwić ziarenko prawdy. Znajomy sokolnik przed swoimi występami zawsze prosi widzów o złapanie na smycz drobnej zwierzyny. Dla takiego orła york to pewnie po prostu trochę większa mysz. No i bardziej hałaśliwa…

  6. To jest dopiero ponycycle 😉
    Rozumiem, że kręcące się po promenadach bachory na konikowrotkach czy stada kurduplowatych psów pod nogami to jest jakaś plaga, ale kolorowe warkoczyki? 😯

  7. „ani jednej chmurki” – miałeś szczęście, tydzień wcześniej i dwa, mieliśmy tylko same ciężkie chmurska i ciężkie ulewy za ciężko pożyczone pieniądze ! To była PLAGA !

  8. Mnie również brakowało Pana wpisu.
    A patrząc na warkoczyki, które zaprezentowała @Markot, zastanawiam się jak myje się głowę w takich warkoczykach. Bo jeśli splatanie trwa 5 godzin… 😉

  9. Wszystkie plagi nasze są…., chciało by się zaśpiewać. Moda na yorka , na warkoczyki, na koniorower ? Z wszystkich plag, plaga na yorka chyba najgorsza, biedne, małe zwierzątka.

  10. Dzienniki w TV to istny dom wariatów. Same złe wiadomości: powodzie, pożary, trąby powietrzne, wypadki, morderstwa, bankructwa biur podróży, a na koniec spiker czy spikerka z uroczym uśmiechem dziękuje za wspólny wieczór.

  11. Cieszę się, że Pan już jest. Proszę nie robić więcej tak długich przerw, Panie Profesorze 🙂

    Socjolog

  12. Jorki są genialnym substytutem dla niewygodnej, niepraktycznej potrzeby macierzyństwa.
    Można przytulić ubrać , wycałować (z tego co widziałam), mieści się w torebce …a jak nie ma czasu to gdzieś porzucić można na troszkę bo w tym wypadku to przecież piesek nie dziecko.

  13. „Wybaczcie długą nieobecność. To przez pracę,…..”

    Ciekawi mnie jaka prace moze wykonywac socjolog. Przedstawiciel pasozytniczego zawodu.

    Bez bajeru panie Szendlak. Pasozytnictwo nie jest praca. Pracy socjologow i calej armi przedstawicieli naulk spoleczno-humanistycznych po prostu nie widac.

    Polskie stosunki spoleczne zeszly juz ponizej poziomu dzikiego bydla. Wsrod dzikiego bydla jezeli jedno padnie, pozostale sie tym nie przejmuja.
    I tak to wlasnie w Polsce wyglada.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php