Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Wszystkożerca - Socjo-pomyślenia Tomasza Szlendaka Wszystkożerca - Socjo-pomyślenia Tomasza Szlendaka Wszystkożerca - Socjo-pomyślenia Tomasza Szlendaka

7.09.2012
piątek

Matki-Polki Gargamelki

7 września 2012, piątek,

Szczęśliwie w Polsce więcej jest matek fajnych niż niefajnych. Większość Polek wykazuje mnóstwo poświęcenia rodząc i wychowując dzieci, a tylko nieliczne w skali statystycznej można mianować Matkami-Gargamelkami. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy o tych drugich milczeć.

Śledzę właśnie spór Zbigniewa Mikołejki z feministyczną blogosferą. Bierze się ten spór moim zdaniem – niestety – z automatyzmów reakcji. Obraza jednej kategorii kobiet jest automatycznie obrazą wszystkich. Nie wolno w ten sposób dramatyzować, bo zaciemnia się skomplikowany i zniuansowany obraz polskich kobiet, a są one przecież różne i różne strategie matkowania przyjmują, silnie uzależnione od swojego klasowego – pardon za wyrażenie – habitusu. Niefajnych matek – przecież – nie brakuje, podobnie jak nie brakuje niefajnych tatusiów zajmujących się całymi dniami przeklinaniem i piciem pod osiedlowym sklepem (czekam zresztą z utęsknieniem, aż ktoś w tym sporze na nich sobie poużywa). Tak zwana prawda, leży – jak zwykle – pośrodku.

Trochę drażni mnie ten automatyzm w reagowaniu na zdanie Zbigniewa Mikołejki, bo to mniej więcej tak, jakbym obrażał się za liczne zdania mówiące, że część polskich mężczyzn ma zasadnicze problemy z wyładowywaniem frustracji za pomocą ulicznej przemocy. No są tacy mężczyźni. Są też matki, które przedmiotowo wykorzystują dzieci do własnych interesów. Naprawdę są na świecie mamy traktujące swoje dzieci czysto instrumentalnie dla swojego konsumpcyjnego dobrostanu. Posłuchajcie choćby opowieści mężczyzn stowarzyszonych w porozwodowych grupach wsparcia albo pracowników socjalnych. Ja się takich opowieści nasłuchałem. Jakie to matki, w pewnych środowiskach, stosują malownicze sposoby wymuszania na instytucjach rozmaitych dóbr „na dzieci”. Wojownicze, a jednocześnie niezbyt dbające o swoje potomstwo kobiety z wózkami istnieją i co ciekawe – żenują inne kobiety spychane tymi wózkami z chodników. Takich opowieści też się już zdążyłem nasłuchać.

I wcale to nie znaczy, że wszystkie matki są złe, nie to przecież Zbigniew Mikołejko powiedział. Drażni go tylko jedna kategoria matek, choć faktycznie dodaje do swojego komentarza zdania na temat matek migrujących, z którymi nijak nie mogę się zgodzić, bo wiedza płynąca z badań socjologicznych mówi raczej o ich heroizmie, a nie o pasożytnictwie.

Cenię sobie Zbigniewa Mikołejkę, ponieważ cenię sobie ludzi nie posługujących się utartymi kalkami poznawczymi. Mam ten sam problem – nie stawiam się po żadnej ze stron rozmaitych sporów, na przykład sporu feministki-tradycjonalistki i non-stop obrywam to z jednej, to z drugiej strony. Drażni mnie ten instynkt wpisywania się bez reszty, i bez należytego przemyślenia, w jeden dyskurs. Ja wiem, że to jest łatwiejsze, nikt nie lubi iść w bok, po skosie, bo to jest społecznie kosztowne.

Efekt jest taki, że strona feministyczna – najczęściej zresztą w żartach – mówi, że brak mi wrażliwości genderowej (to zresztą kompletna nieprawda, mam silnie emancypacyjne przekonania, na przykład w zakresie polityki reprodukcyjnej, która w Polsce spycha kobiety do roli przedmiotów). Obrywam zapewne dlatego, że manifestując emancypacyjne przekonania, zgadzam się jednocześnie z kognitywistami, których badania wyraźnie pokazują, że jedna i druga płeć ma biologicznie uwarunkowane, odmienne aparaty poznawcze. Strona feministyczna bardzo nie lubi przemów o „naturalności” pewnych różnic. Dla mnie z kolei, choć uważam, że różnice są, nie wynika z nich jakakolwiek społeczna przewaga którejkolwiek z płci. Od drugiej strony – tej tradycjonalistycznej – obrywam na przykład za to, że zdecydowanie nie uważam, jakoby tradycyjna rodzina była świętością, żeby dzieci były święte albo żeby miejsce kobiety było w domu.

W Polsce trzeba się wpisać do jakiejś gromady, żeby uzyskać wsparcie. Zaczyna to zresztą wyglądać tak, jakby w jednej bandzie były dzisiaj kobiety, a w drugiej mężczyźni. Tymczasem, jeśli chodzi o dzieci, musimy się dzisiaj poukładać po nowemu. Nie możemy być wobec siebie agresywni, jedziemy wszak na jednym wózku. Zdania piętnujące wychowawcze patologie nie powinny być przyjmowane jako bokserskie ciosy w całą matkość-polskość. Z drugiej strony nie możemy postrzegać wszystkich kobiet przez pryzmat niefajnych matek, które bynajmniej nie są w większości. Potrafię – wierzcie mi – powiedzieć równie wiele niedobrego o polskich mężczyznach, jak i polskich kobietach. Ale po co? Żeby zaognić spór? Wojna w tej akurat sferze jest nam niepotrzebna.

No pewnie, że kiedy zakłada się czapkę „mężczyzna” widzi się świat inaczej niż wtedy, kiedy zakłada się czapkę „kobieta”. Nie da się siłą i w stu procentach uwspólnić tych wizji świata, bo jesteśmy inni. Naprawdę nie ma się co dziwić i krzyczeć w blogach i na portalach wniebogłosy. Konflikt może i bywa pomocny w ruszaniu spraw do przodu, w tym wypadku socjalizowania dzieci jak należy ku naszej wspólnej korzyści, ale nie wtedy, kiedy strony sporu tylko na siebie warczą.

Powiem jeszcze o tym, co mi w wypowiedzi Zbigniewa Mikołejki przeszkadzało. Przepraszam Cię drogi Zbigniewie, ale mówisz tylko o małym wycinku zachowań migracyjno-matrymonialnych Polek, tym najmniej sympatycznym. Faktycznie, Polki rozmnażają się za granicą znacznie skuteczniej niż w Polsce, ale zazwyczaj w stałych związkach, które dopiero tam, ze względu na wyższą jakość życia i poczucie zabezpieczonej przyszłości, decydują się na dzieci. Przypomnę o nieoczekiwanym przez media, a zupełnie oczekiwanym przez socjologów boomie urodzeń w Wielkiej Brytanii i  Hiszpanii po naszym wejściu do strefy Schengen. To także prawda, że kilkadziesiąt tysięcy Polek rocznie wychodzi za mąż za obcokrajowców, głównie Niemców, ale raczej kiepsko to świadczy o podaży sensownych mężczyzn tutaj, na miejscu. W takiej sytuacji, jaką mamy, nie jest to zachowanie cyniczne, tylko najzupełniej zrozumiałe. I wcale nie wychodzą za mąż za mężczyzn w trzecim wieku!

Jeśli zaś chodzi o Matki-Polki migrujące tylko na jakiś  czas, do pracy i zostawiające tu dzieci pod opieką rodziny, to warto zapoznać się z poważnymi wynikami badań warszawskiej socjolożki Sylwii Urbańskiej. To nie jest lekkie życie, nie jest to zabawa i nie jest to bynajmniej olewanie dzieci. Sylwia powiedziała mi o nich kiedyś tak: „Przedstawia się je w mediach jako bezduszne i zimne kreatury porzucające swoje dzieci. Nawet gdy o nie dbają, zapewniają dobrą opiekę i gdy są codziennie w kontakcie telefonicznym – to nie ma znaczenia. Czyni się wokół wyjeżdżających matek „panikę moralną”, a przez to upowszechnia obraz dewiantek i bezpowrotnie skrzywdzonych ich zachowaniem dzieci”. Oczywiście zdaniem opinii publicznej, i to nie tylko w Polsce, wszystkiemu winne są kobiety i ich potrzeby. Problem został zredukowany do kwestii moralnych i psychologicznych, tymczasem z badań wynika, że wyjazdy kobiet mają po prostu podłoże ekonomiczne. Tkwią w słabości systemu społecznego, który nie pozwala kobietom utrzymać własnych rodzin.

Sylwia Urbańska podaje też szereg przyczyn, dla których matkujące Polki opuszczają na jakiś czas kraj. Trudno odnaleźć pośród tych przyczyn egoizm, hedonizm, chęci ucieczki przed rodzicielskimi obowiązkami, nastawienia na pieniądz, którego we własnym kraju się nie zarobi. Jest za to pośród tych przyczyn bezrobocie w regionie, z którego się migruje, beznadziejnie niskie płace, niechęć męża albo partnera do pomocy finansowej w wychowaniu dzieci, likwidacja Funduszu Alimentacyjnego, a także powód, który w Polsce zamiata się pod gruby dywan – przemoc domowa.

Tylko bardzo mała część kobiet jest zatem wyrachowana i po chamsku ekspansywna w realizacji własnych interesów kosztem dzieci, w sposób jaki opisał Zbigniew Mikołejko. Większość nie ma z taką postawą nic wspólnego.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 24

Dodaj komentarz »
  1. Ale Pan też popada w automatyzm. To nie jest spór Mikołejko vs feministki, tylko spór Mikołejko vs ludzie, którzy uważają, że bardzo głupio wybrał cel i metodę ataku. Co on atakuje? „Puszenie się macierzyństwem”, „niedomknięte furtki” i „wchodzenie na jego trawnik”. Ja nie jestem kobietą ale widziałem z bliska dwa porody i uważam, że osoba, która przeszła przez 9 miesięcy ciąży a potem wielogodzinny bolesny poród ma pełne prawo się trochę popuszyć i poobnosić z tą dumą. Może nawet większe niż osoba, która napisała jakąś tam książkę, której nawet recenzenci nie przeczytali zbyt uważnie i ma dwie czy trzy literki więcej przed nazwiskiem niż inni. Wchodzenie na trawniki? Niedomknięte furtki i podeptane częściej widzę na swoim uniwersytecie niż na osiedlu pełnym młodych matek. „Bezczelna niezgoda na ograniczenia” WTF? Czy ten facet próbował przedostać się z wózkiem przez Marszałkowską albo przewinąć dziecko na mieście? To są jakieś farmazony człowieka, który nigdy nie wylazł ze swojej wieży z kości słoniowej.
    Problem polega na tym, że ten świat nie jest stworzony przez kobiety z dziećmi dla wygody kobiet z dziećmi tylko przez białych bogatych facetów dla wygody białych bogatych facetów. Jak mawiał Marsellus Wallace „its hard motherfucking fact of life”. I w tym świecie czepianie się marginesu grupy, która i tak jest sekowana i marginalizowana bo jej przedstawiciel mi podeptał trawnik jest po prostu przejawem zwykłej bucery. Nie trzeba być feministką żeby to stwierdzić.

  2. Śledzę tę dyskusję i czytam różne głosy. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pan profesor głupio wybrał sobie obiekt ataku. Pewnie, rozmnażają się wszyscy, biedni i bogaci, mądrzy i głupi, więc matki też są różne. Jednak nie spotykam się z opisanymi przez Mikołejkę zachowaniami kobiet z wózkami, choć moje osiedle nie należy do inteligenckich. Profesór jest jakiś uczulony. Że gdaczą? Pogadać chcą i tyle. Że o głupotach? A panowie to może tylko o mądrych rzeczach rozprawiają? A dlaczego niby rozmowa o kieckach ma być gorsza niż o piłce nożnej? Jak profesór chce walczyć z takimi zachowaniami kobiet, to niech pomyśli też o walce ze środowiskiem, z którego się wywodzą. Środowiskiem kur.ujących, ogolonych facetów na przykład. Ooops, będzie trochę ciężej.
    Panu @toomaszowi dziękuję za głos rozsądku 🙂

  3. Do moderatora (czyli niechby to pozostało między nami i nie ukazywało się pod artykułem Szlendaka).
    Nie wiem, jak inaczej mogę zaspokoić swoją ciekawość, więc napiszę tutaj: Co ja takiego dziwnego napisałam, że późniejszy komentarz jest już zaakceptowany, a mój czeka na moderację..? Za bardzo bredziłam, czy, przeciwnie, ujawniłam wielkie tajemnice dziennikarstwa? 😉 Za długo się wynurzałam i moderator wymiękł w trakcie moderacji?
    Ze swej strony informuję, że wcale nie nalegam na występowanie pod artykułem i jeśli stanowię problem, to dla mnie nie stanowi problemu anulowanie mojego wpisu. Skrobnęłam go przy porannej kawie i precelkach, nie czuję się z nim związana i mam dziwne wrażenie, że przeżyję jego stratę. Tylko nie mam pojęcia, o co biega. Niektórzy chyba gorzej bredzą i są na łamach…
    Wyznanie prawdy przez Moderatora byłoby dla mnie pouczające – jeśli, oczywiście, chodzi o moje „nie takie” pisanie, a nie o okoliczności zewnętrzne. To jak? Może na maila?… 🙂

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Brak dzieci jest w interesie emerytów, którzy dostaną więcej na emerytury. Dopóki o rozdziale dochodu decyduje państwo, tak długo trwa wojna domowa między tzw. grupami społecznymi. Emeryt powinien żyć z własnych oszczędności, a nie podatków. Obecnie jest to niemożliwe przez komunizm, który uniemożliwił oszczędzanie, więc państwo wypłaca emerytury. Tylko że taki stan uważa się za normalny i mogący trwać w nieskończoność. Emeryci stanowią największą zorganizowaną grupę wyborców, a niedługo będą mieli bezwzględną większość i mogą sobie przegłosować dowolną podwyżkę emerytur kosztem pracujących. Skutek jest oczywisty. Skończy się to tak samo jak w PRLu. Wypłatą emerytur z inflacji i emigracją oraz pracą na czarno ludzi w wieku produkcyjnym. Inne kraje są na podobnej drodze: Grecja, Włochy, Hiszpania, Portugalia. Tak się kończy państwo socjalne. Gdy jednak ktoś powie, że za dużo pieniędzy idzie na emerytury, a za mało na inwestycje w przyszłość, to będzie wstrętnym neoliberałem. No i ja chętnie wezmę to odium na siebie.

    Nie ma nic złego w tym, że Polka wychodzi za Niemca lub Anglika, jak i nie ma nic złego w tym, że Polak wychodzi za Ukrainkę albo Rosjankę. Ludzie nie są własnością państwa.

    Jak prof. Mikołejko nie chce oglądać wózków, niech nie wychodzi z domu. Martwić się można niedoborem widocznych wózków i to jest prawdziwy problem dla społeczeństwa, jeśli chce przetrwać, ale może nie chce.

  6. @ toomasz & @ marit

    Zgadzam sie w stu procentach. Prof. Mikolejko, do ktorego mam wielki szacunek, wybral zly cel. Co nie znaczy, ze takich kobiet nie ma – sa. Ale na pewno nie w wiekszosci. Prof Mikolejko po prostu przesadzil, albo wyciagnal zle wnioski ze znanych faktow. Z tego, co zaobserwalem w Polsce, nic sie nie zmienilo. Jesli chodzi o opieke nad dzieckiem, to dalej mozna zawierzyc jedynie babci. Zlobki, przedszkola dla kobiety, ktora pracuje, to iluzja. Sa takie, ale trudno dostepne, a w przypadku problemu z dzieckiem (choroby, np.) nie dzialaja w ogole. To, co prof. Mikolejko mowi, ze wszystkie te mamy, plotkujace w parku powinny sie skrzyknac, zorganizowac i zwolac „kolektyw”, aby zmieniac sie obowiazkami – troche mnie rozsmieszyl. Ostatni raz slyszalem to chyba w ZMS.

    A bedac ostatnio w Polsce i majac okazje zajmowac sie czasem wnuczka, to – w ciagu dnia – na placach zabaw nie zauwazylem ani jednej mamy. Same babcie. Po poludniu – tak, sa i mamy z dziecmi. Moze to dlatego, ze dzielnica robotnicza i mamy pracuja w ciagu dnia.

    Pozdrawiam.

  7. @Toomasz, @Marit – Chcemy zyc w kraju wolnosci slowa, prawda? W takim razie Mikolejko ma swiete prawo wybierac sobie taki cel ataku jaki mu sie spodoba, nawet jezeli jest to nieliczna grupa np. matek. Powinien takze uzyc rozsadnych argumentow, czy tak zrobil to rozsadna kwestia. Jesli profesor czepia sie drobiazgow i wytacza armaty na mrowki, wali w nieistotne i marginalne zjawisko, to nalezy go po prostu zignorowac, tak jak ignorujemy mnostwo trywialnych tresci w mediach i w internecie. Fakt, ze wywolal taka burze swiadczy o tym, ze poruszyl wrazliwa ideologicznie strune. I chwala mu za to. Co wiecej w jego wypowiedzi musi byc ziarno prawdy, skoro wywolal tak silna reakcje. Bo jak Rafal Ziemkiewicz palnie kretynsko nazywajac hurtem feministki idiotkami odfajkowujac w ten sposob cale zagadnienie rownouprawnienia, to nikogo to az tak nie porusza. Wiadomo, ze Ziemkiewicz ignorant-arogant bredzi. Natomiast gdy Mikolejko wyjdzie poza okopy prawica/liberalowie z jakichs powodow zaburza poczucie bezpieczenstwa i otwiera inna dyskusje.

  8. @ Krzysztow Mazur – szczerze Cie podziwiam, na kazde pytanie masz tylko jedna odpowiedz. To sie nazywa kamien filozoficzny i nikt go dotychczas nie odnalz, az narodziles sie Ty 😉

  9. Czy fajnopolak to taki co robi sobie zdjecie na blogu w czapeczce by wygladac jak Justin Timberlike?

    jestem starej daty i nie rozumiem fajnokodu wizualnego i werbalnego fajnolemingow.

  10. @ wtret
    Ale przecież nikt mu prawa do opowiadania głupot nie odbiera. On opowiada a inni oceniają, bo przecież też mają prawo do wypowiedzi prawda?
    Argument, że gwałtowna reakcja dowodzi, że jest ziarno prawdy w tym co mówi jest strasznie dziecinny i przypomina mi argumentację blogerskiej ekstremy z s24. Czy to znaczy, że każda skandaliczna wypowiedź jest prawdziwa z definicji, a każda która nie wywołuje kontrowersji fałszywa?

  11. @toomasz Chodzi mi o to, ze rozne znacznie bardziej antyfeministyczne, znacznie bardziej skandaliczne wypowiedzi nie wywoluja takiej burzy. (W ogole nie sadze, ze jego wypowiedz jest antyfeministyczna i nie wydaje mi sie jakas straszne glupoty wygadywal, bo akurat mam zaufanie w tej kwestii do prof. Szlendaka, bo bylem jego studentem i wiem, ze wie co mowi) Dlatego, przypuszczam, ze Mikolejce udalo sie naruszyc czyjes ideologiczne waly obronne i czyjs kurczowo broniony swiatopoglad. Czy ktos sie jeszcze tak wscieka na Cejrowskiego na przyklad az tak? Malo kto. Ale mniejsza, przyznam, ze to takie moje swobodne spekulacje i wiecej sie na ten temat nie wypowiem. W kazdym razie zgadzam sie, ze reakcje na tekst Mikolejki sa histeryczne.

  12. @ wtret

    Tu nie chodzi o ideologiczne wały obronne tylko o to, że najwyraźniej ktoś nigdy nie musiał opiekować się niemowlakiem, podróżować z nim komunikacją miejską i wnosić jego wózka na trzecie piętro. Jakby ten ktoś choć raz musiał to robić to zająłby się przełamywaniem innych barier ideologicznych a nie klasistowskim atakiem na matki z niewłaściwym habitusem.
    Polska jest w światowym ogonie dzietności. To znaczy tyle, że nagrody symboliczne i realne jakie społeczeństwo oferuje tym, którzy zostają rodzicami coraz mniej równoważą koszty z tym związane. W takiej sytuacji panaprofesorowe bajania o tym które matki przystają a które nie do jakiegoś wydumanego w wieży z kości słoniowej wzorca nie polepszają sytuacji.
    Po drugie tu nie chodzi o ideologię, tylko o małostkową mizoginię, klasizm i zwyczajny brak empatii jakim się prof. Mikołejko wykazał.
    Po trzecie co napisze o czymś Ziemkiewicz to każdy czytelnik jego publicystyki jest w stanie dość precyzyjnie przewidzieć. Wystarczy temat i informacja czy to będzie Gapol, Rzepa czy najwyższy czas. Krótko mówiąc jego głupoty już nikogo nie dziwią.

  13. Problemem calej tej dyskusji jest to, ze donikad nie prowadzi. Emeryt zwracajacy uwage ‚wozkowej’ babie jest tak samo okopany w swojej postawie, ze ‚starsi maja zawsze racje i zawsze nalezy im sie szacunek’ jak ‚wozkowa’ baba jest okopana w swojej postawie, ktora, slusznie, takiemu nastawieniu sie przeciwstawia, ale niczego w zamian nie proponuje poza agresywnym warczeniem. Niestety, przez to, ze nie ma u nas kultury debaty publicznej i checi zmieniania naszego gleboko konserwatywnego spoleczenstwa, potrafimy tylko, jak Kargul z Pawlakiem, stac po dwoch stronach plota i na siebie szczekac. Rozwiazanie ‚wozkowej’ baby odpowiadajacej prof. Mikolejce jest takie, ze: „moje dzieci mają zakaz bycia grzecznymi. Grzeczne dzieci grzecznie przyjmują każdą bzdurę, którą wypowie dowolny pan profesor, a moje mają krytycznie myśleć.”
    Niestety, uczenie dzieci krytycznego myslenia nie polega na puszczaniu ich samopas i pokazywaniu im, ze nalezy byc agresywnym i opryskliwym wobec innych. Emeryt raczej nie zmieni swojej roszczeniowej postawy, ale ‚wozkowa’ baba, prezentujac pasywno-agresywne nastawienie, raczej nie wychowuje swojego dziecka tak, aby mialo szanse na jakies inne rozdanie gdy dzisiejszych emerytow juz nie bedzie. Moge sie zalozyc, ze dzisiejsza ‚wozkowa’ tez bedzie gderliwa pretensjonalna baba, gdy jej dzieci beda siedziec na lawkach a jej wnuki beda biegac po zaszczanym parku. Kolko sie zamyka, bo nikt nie chce z niego wyjsc…

  14. Tekst Mikołejki wywołał prawdziwą burzę, na forach GW – po sto kilkadziesiąt wpisów, na blogu WO – kilkaset. To świadczy o tym, że dotknął czułego punktu. Można sobie poczytać i dowiedzieć się, ilu rodakom przeszkadzają wózki, dzieci i ich matki. Dla mnie to zupełny nonsens, nawet jeśli jakieś dziecko się drze, trzeba to wytrzymać, kiedyś wyrośnie. Dziś widziałam rodzinę, która szła całą szerokością chodnika, z dziećmi, wózkiem, „ohydnym plastikowym jeździkiem”, miałam problem, żeby ich ominąć – no i co z tego? Brakuje nam tolerancji i życzliwości, a wtedy przeszkadza absolutnie wszystko. I subtelny pan profesor od filozofii pisze „Nienawidzę ich”. No, czy to nie jest przesada???

  15. Ja domyślam się, że internauta skrywający się za nickiem @Andrzej Falicz nie należy raczej do takich który chce dyskutować, ani z którym warto to robić, gdyż, rzuciwszy pobieżnie okiem na kilka jego wpisów, szybko można się zorientować, że to z tej kategorii, co to jak wstaną lewą nogą (a chyba zazwyczaj tak wstają) i jeszcze, nie daj Bóg, nie trafią nią w kapeć to już dobrze wiedzą, że to wina Tuska (może za dużo ich wypili wieczorem) i ogólnie lemingów itd itp. Zresztą ten wpis, ni przypiął, ni wypiął, nijak niemający się do tematu, jakaś politowania godna wycieczka ad personam w stanie czystym, nieskalanym nawet próbą, lub choćby udawaniem, że przeczytane zostało co autor (o zgrozo w fajnym kaszkiecie!) ma do powiedzenia, jest tego arcydzielnym przykładem. A jednak dałem się złapać na lep, nie wiem dlaczego, ale cóż człowiek jest tylko człowiekiem, a nie Prawdziwym Patriotą i miewa swoje słabości. Ale do czegóż zmierzam: otóż nie jestem człowiekiem starej daty, nawet jeszcze do średniej daty mi trochę zostało, w terminologii głośnej i nadpobudliwej garstki ludzi nazywającej się „inteligencją patriotyczną” jestem chyba lemingiem, to znaczy mam kilka zaburzeń psychicznych, ale akurat te z kręgu schizoidalno-paranoidalnego mnie ominęły, nie mam nadwartościowych myśli dotyczących Polski, wierzę, że istnieją przypadki i wypadki (dajmy na to: lotnicze) i ogólnie wydaje mi się, że rzeczywistość dookoła mnie nie jest taka zła, chociaż mam depresję, ale staram się oodzielić subiektywne odczucia od obiektywnych faktów (ciężko, ale przy odrobinie wyobraźni się da). I oto ja, ten pożałowania godny, gryzoniopodobny stwór, nie wiem… jak wygląda Jusin Timberlake… Nazwisko mi się obiło o uszy ale nawet nie wiedziałem co robi dokładnie, oczywiście teraz sprawdziłem w sieci (zdjęcia z kaszkietem nie widziałem). Za to zdarzyło mi się słuchać profesora Szlędaka w radiowej Dwójce… (tylko raz przysięgam, od jutra będę się zmuszał do Radia Zet) No i odpowiedzcie drodzy czytelnicy, bo dla mnie rzeczywistość stała się już zbyt skomplikowana, czy ja mogę na pewno w pełni dostąpić godności bycia lemingiem, czy nie? A czy przywołany Andrzej Falicz jest na pewno czysty rasowo i w jego żyłach nie płynie ani kropla leminżej krwi? Przepraszam za tę przydługą dygresję nie na temat, ale bardzo mnie to niepokoi. A co do tematu, to, w przybliżeniu, podzielam zdanie autora, prof. Mikołejko (którego też bardzo szanuję) powiedział coś o pewnym wycinku rzeczywistości społecznej, może w nienajlepszy sposób, niezbyt jasno, trochę przeholował z pogardą, ale na pewno coś jest na rzeczy. Natomiast burza jaka się w efekcie tego rozpętała, to już, mówiąc kolokwialnie, odlot. Argumenty spod ideologicznej sztancy, obwinianie profesora o całą niedolę matek i kobiet w ogóle, organiczna nienawiść do wszystkich potomkiń Ewy, jakie się w dziejach pojawiły…. Opanujcie się ludzie….

  16. Nie przeszkadzaja mi wozki, czy wrzeszczace dzieci, tez sikajace pod drzewem, czy biegajace po restauracji. Jednak uwazam, ze niektore pretensje matek przypominaja pretensje studentow, ze sie ich nie prowadzi za raczke. Nie ma miejsca do przewijania w publicznym klozecie, gdzie mocz jest rozpryskiwany podczas spuszczania wody na wiele metrow naokolo – to przewin w wozku, na lawce, na trawniku, poczekaj z tym do domu, a nie szalej z nerwacji, ze nikt sie o ciebie nie troszczy. Brak zjazdow z chodnikow to wielkie utrudnienie przede wszystkim dla ludzi na wozkach. Polskie mamy uznaja tylko wozki dzieciece najnowszych generacji ( od lat dobrze sie majace forum – wozki dzieciece) i te wozki nie tylko pokonuja chodniki, ale „wchodza” na schody. Nie jest to szalencza udreka jezdzic takim wozkiem. Pretensje, ze gdzie ma dziecko zrobic kupe – rozbraja. Czy nalezy poprowadzic instruktaz jak postepowac w roznych okolicznosciach, tez takiej, kiedy dziecko za diabla nie siadzie nie na swoim klozeciku, czy nocniku?
    W calej dyskusji zapamietalam, ze autorka listu do profesora w tych „dramatycznych” sytuacjach uzywa na codzien wielce wulgarnych slow. Taki teraz trend wsrod wozkowych?
    Mniej narzekan, pretensji do innych, wiecej grzecznosci dla tych co niekoniecznie musza kochac nieswoje dzieci.
    Mysle, ze matkom przebywajacym 24h z dzieckiem „obkurcza sie mozg”, ogranicza sie zainteresowanie swiatem, stad niektorych moga denerwowac ich wlasciwie monotematyczne, czy plotkarskie, o niczym rozmowy, ktore sa faktem. Jest sporo matek, ktore unikaja spotkan z drugimi matkami na placach zabaw, na spacerach, bo pamietaja jak odbieraly to, kiedy jeszcze same nie byly matkami.
    PS jestem matka trojki doroslych dzieci i babka wielu wnukow.

  17. Zyto, to wstrętnie pisać, że matkom „mózg się obkurcza”. Jest mnóstwo ludzi w Polsce, z którymi da się porozmawiać tylko np. o serialach i niekoniecznie są to młode matki. Ludzie w ogromnej części odpuszczają sobie tzw. rozwój już po skończeniu liceum. Sama znam całą masę osób, które pomimo dobrego wykonywania swej pracy zawodowej nie są ciekawymi partnerami do dyskusji, bo ich zainteresowania są bardzo skromne. Chyba właśnie takie podejście jak Twoje sprawia, że temat „wózkowych” stał się tak gorący. Każda młoda matka czuje się obrażona i reaguje. Część mężczyzn też (bo sporo z nich opiekuje się swoimi dziećmi).

  18. Profesor Mikołejko, którego dotychczas wysoko ceniłam, zaskoczył mnie w nieprzyjemny sposób.
    Jego wypowiedź więcej mówi o nim samym niż o sytuacji, którą opisuje. Bo niby co to znaczy, że młode matki się „nie rozwijają”? A skąd niby profesor o tym wie? Prowadzi wiarygodne badania w tym zakresie. W oparciu o jakie kryteria to stwierdza? A wreszcie, jak ów „rozwój” definiuje?
    Czy tylko jako przyrost wiedzy osiąganej drogą lektury książek? to nie jest jedyna forma rozwoju.
    Źle to świadczy o filozofie, o profesorze, jeżeli stosuje tak zawężone kryterium „rozwoju”. Czy nie są rozwijajace rozmowy z innymi ludźmi? Radzenie sobie w nowej roli. Konieczność roztrzygania dziecięcych sporów? Jednym słowem trening umiejetności społecznych. A nawet „bezmyślne” siedzenie na ławce, przy piaskownicy może być okazją do „rozwijających” obserwcji i przemyśleń.
    Jak mają się społecznie rozwijać ich dzieci jeżeli nie przez trenowanie, doświadczanie życia w grupie. A w to trzeba wkalkulować i wrzaski i wyrwane włosy i rozkwaszone nosy.
    Co mają robić świadkowie tego treningu? Stare afrykańskie przysłowie mówi, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska.
    Współczesne młode matki, mimo wielu udogodnień, z pampersami włącznie, skazane są na samotne zmaganie sie z tym zadaniem. Jak więc można dodatkowo mieć im za złe, że wtedy, kiedy mają okazję, dzielą się smutkami i radościami z innymi kobietami?
    Jeżeli profesor Mikołejko czuje się zwolniony z obowiązku przynależnemu „całej wiosce”, to niechaj przynajmniej milczy.
    Skoro nie jest zdolny do czegoś co sie nazywa wsparciem społecznym. Proponuję panu profesorowi żeby zadbał o własny rozwój, w zakresie inteligencji emocjonalnej i umiejętności społecznych.
    Być może są młode matki wykorzystujace swoją sytuację. Choć trudno mi to sobie wyobrazić. Opieka i wychowanie dziecka to ciężka praca. Ale jeżeli nawet są takie, to wolę zastosować zasadę: odpuścić dziesięciu „winnym” byle nie skrzywdzić jednej.
    Zachowanie profesora Mikołejko przynosi wstyd nauczycielom akademickim.

  19. A moze by tak z wiekszym humorem podejsc do tego poslannictwa kobiety? To ma byc radosc dla wszystkich, a nie martyrologia, do ktorej obecnie zalicza sie nawet brak podjazdow i miejsc na zrobienie kupki i przewiniecie, a takze jakas uwage na temat rozpychajacego sie wozka.
    Oczywiscie, ze macierzynstwo w pierwszym okresie obkurcza „mozg”, wiem to z 3-krotngo doswiadczenia. Te nieprzespane noce, dla niektorych to tylko miesiace, a dla innych w sumie lata, te ciagle obawy o zdrowie, liczenie kupek i ich kolorow, przeliczne rutynowe zabiegi higieniczne, ciagla gotowosc itd… nie pozostaja bez wplywu na percepcje mozgu. Presja opinii publicznej, specjalistow od wychowywania, zeby byc doskonala matka i wychowac doskonale dziecko – bo przeciez to poslannictwo-, powoduje zawezenie widzenia swiata, zainteresowan na wiele lat, takze wewnetrzna frustracje, ktora wlasnie objawia sie agresja, (ciagle wracam do tych przeklenstw , ktorymi sie „chwala” zdenerwowane mamy),
    Dzieci zawsze byly odpowiedzialnoscia rodzicow, a nastepnie takze placowek wychowawczych. I nie daj boze, zeby wychowywal je caly blok, czy cala wioska. Wystarczy popatrzec ile konfliktow jest, kiedy w wychowanie wtracaja sie dziadkowie.

  20. Znów się pojawiła blogowiczka z obkurczonym mózgiem.

  21. @ Matylda
    14 września o godz. 16:15

    Cieszy mnie, ze zacytowala Szanowna Pani powiedzenie afrykanskie (powtarzane przez pania Clinton), ze za wychowanie dziecko odpowiedzialna jest cala wioska. Smieszne to to nie jest, patrzac na Afryke, wyzwolona od kolonializmu od 50 z gora lat. Jest gorzej, niz bylo. To nie o Afryce, tylko o „madrosci” takich przyslow.

    Pisalem wczesniej o tym, ze obserwowalem w Polsce zachowanie mlodych ludzi, w tym takze matek i jakos nie widzialem tego, o czym pisze pan Mikolejko (ktorego bardzo szanuje, lecz nie musze sie zawsze zgadzac). Co zaobserwalem, to babcie (jak zawsze w Polsce) opiekujace sie wnukami, a mamy wychodzace na spacer z dziecmi po pracy. Takich kobiet, o ktorych pisze pan Mikolejko nie dostrzeglem. Pewnie sa, ale w znakomitej mniejszosci.

    Szanowna Pani Matylda wybaczy mi szyderstwo, nie chcialem urazic.

    Pozdrawiam.

  22. Drodzy dyskutanci,

    Przez ostatnie dwa lata byłam na placu zabaw na tyle często, na ile pozwalała aura.
    To małe miasto, są tylko dwa takie miejsca.
    Teraz, gdy zdarza się, że na placu nie ma nikogo, mam mieszane uczucia. Z jednej strony fatalnie, bo mój dzieciak nie spotyka się z rówieśnikami, z drugiej świetnie, bo nie ma tez żadnej matki. Nie muszę więc rozmawiać na poniższe tematy:
    – jak gorący/zimny jest ten maj/czerwiec/lipiec…;
    -ile lat ma moje dziecko i czy chodzi do przedszkola;
    – mój/moja ostatnio trochę chorowała i.. – w rewanżu oczekiwanie na opowieści o moich przeżyciach;
    – w naszym mieście zupełnie nic się nie dzieje, gmina kompletnie o nic nie dba;
    – w sklepie przy rynku zrobili wyprzedaż i zupełnie tanio można dostać proszek;
    – czy widziałam wnętrza domu w „szpilkach na Giewoncie”
    – Julko/Michałku, nie bij kolegi łopatką! -rozmowa schodzi na problemy wychowawcze

    Gdy znamy się juz z widzenia, pula tematów kurczy sie o punkt drugi.
    Natomiast, gdy zdarzy się, że rozmowa zabrnie w okolice, co po tym, jak dziecko urośnie, odpowiedź brzmi: „Poszukam jakiejś pracy”. Ale jakiej? „W jakimś biurze”. Zainteresowania? Nie wie, co powiedzieć. „Film, muzyka, fotografia”. I zaraz się usprawiedliwia – kto ma czas przy dziecku na cokolwiek?

    @Matylda – co to znaczy, ze młode matki sie nie rozwijają? Tzn. że nie pogłębiają wiedzy na tematy wykraczające poza gospodarstwo domowe. Świetnie pieką, gotują, mają wymuskane mieszkania, dzieci są zadbane, zasłony dobrane do firanek. Podziwiam je pod tym względem. Ale jednocześnie te dziewczyny nie robią ze sobą nic więcej. Szczytem ich inwestycji w siebie są modne tipsy.

    I żeby była jasność – mam małe dziecko, straciłam pracę, gdy byłam w czwartym miesiącu ciąży, najbliższy żłobek daleko stąd, babcia pracuje, na opiekunkę nie miałam kasy. I znalazłam czas na to, by nie tylko „film, muzyka, fotografia”.

    pozdrowienia

  23. Szanowni Moderatorzy,

    Trzeba przyznać, że czasem jesteście jak blok reklamowy w stacjach komercyjnych. Najpierw człowiek idzie zrobić sobie herbatę, później siku, później zapomina, co było w filmie, w końcu zapomina, że film oglądał, wyłącza tv i idzie poszukać innych form rozrywki.
    Dobę czekać na umieszczenie wpisu?
    Co Wy tam macie? Inwazję barbarzyńców?
    pozdrowienia

  24. Jiba
    ja to w piaskownicy nigdy nie rozmawiałabym o moich zainteresowaniach, bo one nikogo zupełnie nic nie obchodzą. Nie tylko młodych matek „z obkurczonym mózgiem”. Również znajomych o wysokim cenzusie zawodowym, różnych sędziów i pracowników naukowych. Oni też poza swoją dziedziną nie za bardzo się rozwijają. (przepraszam, pewnie przesadzam).
    Może za bardzo się oddaliłam od „normalnego” świata. Najlepszy dowód, że muzyki, którą słucham, nie ma na youTube. Moja córka twierdzi, że świadczy to o niszowych zainteresowaniach i niszowym guście muzycznym.
    Pozdrawiam serdecznie z mojej niszy 🙂

  25. Szukałam kontaktu z autorem artykułu ‚Nowy kontrakt płci’
    http://www.instytutobywatelski.pl/9769/lupa-instytutu/nowy-kontrakt-plci

    i znalazłam. Cytuję:

    ‚[…]Zostawiliśmy za sobą XX-wieczny świat, w którym 95 proc. ludności miało męża lub żonę. Świat wypełniony samymi parami, w których mężczyźni zdobywali „na zewnątrz” zasoby, a kobiety siedząc w domach opiekowały się dziećmi[…]’

    Matki większości moich znajomych pracowały, ojcowie też, przy czym najczęściej chlali i mieli kochani przy aprobacie KK. Taki to był ład.

    Jak można w ogóle używać określenia ‚siedziały w domach’?
    Proszę spróbować tak posiedzieć w domu.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php